|
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Czasem zaglądam
Serwisy Muzyczne
|
piątek, 05 lutego 2010
The XX- "The XX"
Ogólna koncepcja albumu jest dziecinnie prosta i składa się z dwóch gitar (w tym ze świetnego basu), automatu perkusyjnego oraz syntezatora. Niby nic nadzwyczajnego, bo ani to jakieś n-te indie średnio zaskakujące ścianą gitar, ani jakaś akustyka bo akustycznie tak naprawdę nie jest i bez prądu na pewno tego nie nagrali. „The XX” to cos pomiędzy ciekawym indie a akustyką w najlepszym wydaniu. Proste dźwięki gitary, bardzo subtelne dodatki elektroniczne oraz wymyślne rytmy tworzą coś nowego, oryginalnego. Nie ma w tym jakiegoś (znanego mi) naśladownictwa czy podpinania się pod czyjąś karierę. Muzyka The XX to coś czego jeszcze nie było, a jak już ‘wyskoczyło’ to stało się prawdziwym, niezaprzeczalnym, alternatywnym hitem wszelakich podsumowań 2009 roku. Cóż mi w tej sytuacji pozostaje? Nic poza obawą przed kolejnymi albumami, które po tak spektakularnym sukcesie debiutu mogą po prostu się nie przyjąć. Ale póki co nie gdybajmy i cieszmy się tym, co jest, a to naprawdę dobre, gorące i na pewno nieszkodliwe!;-) Polecam!
niedziela, 17 stycznia 2010
Garść informacji
Nie wiedziałem jak zatytułować wpis więc wybrałem coś co często przewija się w różnych informacjach prasowych. W sumie lepsze to niż nic;-P Sprawa #1
Sprawa #2 Jak wszyscy wiedzą, że na Open’rze 2009 zagra Pearl Jam (w ogóle mnie nie kręcą) i Kasabian, którzy kręcą mnie ogromnie. Kto nie słyszał ostatniej płyty powinien żałować! Na zachętę mam wideo z ostatniego Glastonbury. Ach, te flagi;-)
Polecam również utwór „Shoot the runner”. Już sobie wyobrażam pogo pod Mainem jak to zagrają;-D Niestety jego teledysk nie jest dostępny na YouTube, a szkoda, bo to piękne dzieło, kto widział – ten wie.
Sprawa #3 W piątek, w Trójce Polskiego Radia, a dokładnie w Studiu koncertowym im. Agnieszki Osieckiej odbył się koncert Offensywa Deluxe, podczas którego wręczono Szczoty i podano kilka informacji na temat Off Festiwalu. Absolutną gwiazdą wieczoru był zespół Hey (przez ogromne zainteresowanie bilety były jedynie do wygrania w konkursie smsowym). Nie chciało mi się słuchać, tym bardziej, że ‘żyłem’ Rajdem Dakar i oglądałem nagrane programy z Eurosportu z ostatnich dni, tak więc całość sobie ładnie, pięknie nagrałem. Nie podzieliłem tego na poszczególne części zatem całość ma ponad 2h i 50 minut (w trakcie jest serwis i „To był dzień”) ale myślę, że może się komuś przydać;-) Koncert Hey zaczyna się ok. 38 minuty. Oto link (Rapidshare.com): KLIK! (rozmiar: 164798KB ~ 157mb, jakość: 128kbps, długość: 2:51:39). Oczywiście jeżeli ktoś ma jakieś zastrzeżenia co do umieszczenia tego nagrania na tym blogu to proszę o kontakt pod pan-audytor@gazeta.pl a link zniknie;-) Miłego słuchania!;-)
wtorek, 22 grudnia 2009
Leszek Gnoiński – "Myslovitz. Życie to surfing"
Na szczęście w mojej rodzinie nie ma tego zwyczaju obdarowywania się prezentami, szukania jakiś perfum, zabawek, książek, mp3ek czy filmów na DVD co, patrząc na ten tłum, naprawdę mnie cieszy. Mimo, że nie kupuję ani nie otrzymuję na święta prezentów to na szczęście przyszedł do mnie w tym roku spóźniony Mikołaj. Wiadomo, byłem grzeczny, zawsze miły i uczynny (no, prawie…;-D) więc prezent był jak najbardziej zasłużony (powiedzmy…). Dostałem nie jakieś tam byle co ale piękną, wspaniale wydaną biografię Myslovitz napisaną przez Leszka Gnoińskiego. Przyznam bez bicia, że utknąłem gdzieś tak w połowie, a skoro święta za pasem to pomyślałem sobie, że lepiej byłoby napisać o niej teraz (a nóż się ktoś skusi i kupi pod choinkę bliskiej osobie) niż po świętach kiedy zainteresowanie książkami, perfumami i innymi ustrojstwami dramatycznie spadnie. Od zawsze miałem i mieć będę ogromny szacunek do Myslovitz. To jedna z takich grup, która nie pozwoliła sobą pomiatać ale po prostu wyszła na swoje i robi co chce i kiedy chce. "Życie to surfing" jest opowieścią mówiącą o całości zespołu, o ich członkach, o ekipie, o wydawaniu płyt, o pierwszych, ważnych trasach koncertowych. Pojawiają się wypowiedzi producentów, szefów wytwórni, ludzi związanych z grupą, a przede wszystkim samych muzyków. Można znaleźć wiele świetnie napisanych anegdot, sporo szczegółowych opisów, źródłowej interpretacji tekstów, tytułów piosenek, czy okładek. Na końcu dokładna, kompletna lista koncertów (w tym ten jeden z ostatnich, z Zamościa, na którym byłem), szczegółowy opis dyskografii oraz projekty dodatkowe, w których muzycy brali udział. To wszystko nie nudzi, a wręcz bardzo dobrze się to czyta. Ta książka mogłaby być naprawdę nudna gdyby miała tylko 100 stron zwykłego tekstu, który już z daleka trąca nudą (przynajmniej mnie). Wszystko zmieniła praca grafików, liczne, ciekawie ‘porozrzucane’ fotografie (ponad 350), kredowy papier i twarda oprawa.
sobota, 19 grudnia 2009
"Rewers"
Problem naszego kina jest prosty – brak dobrego scenariusza, z którego może powstać porządne dzieło. Biznes filmowy bardziej czeka na kasę niż na jakieś tam nagrody na jakiś tam polskich czy zagranicznych festiwalach. Łatwiej nakręcić komedie romantyczną, zatrudnić pięknych aktorów, kupić kilka chwytliwych piosenek (później sprzedanych na soundtracku) i w ten sposób zaciągnąć ludzi do kina żeby przeżyli ‘coś pięknego’ niż wyprodukować, wspomóc finansowo coś cholernie ambitnego, a jednocześnie bardzo miłego dla odbiorców. Pod tym względem "Rewers" ( oraz jeszcze kilka tegorocznych produkcji obecnych na festiwalu w Gdyni) zdaje się wybijać. Po pierwsze nie jest to kino tak nudne jak ubiegłoroczny laureat Złotych Lwów - "Mała Moskwa", nie przedstawia komunizmu w tak złym świetle ale na podstawie takiej, a nie innej rzeczywistości buduje zgrabną fabułę opartą na nieszczęśliwej miłości. Chyba można wyróżnić trzy bardzo mocne strony tego filmu:
Zdjęcia, muzyka jak również świetna obsada (Buzkówna, Janda, Dorociński) to zasadnicze plusy tego dzieła. Chociaż większych wpadek brak to mimo wszystko jest w tym dziele pewien denerwujący wytrych. Chodzi o takie ‘wstawki’ z przyszłości, kręcone normalną, kolorową kamerą, praktycznie nic nie wnoszące ale burzące klimat. Niby nic takiego ale niestety irytuje. Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolony. Bardzo dobry, polski film, który nie dość, że uspokoił krytykę poirytowaną ubiegłorocznymi laureatami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni to do tego jeszcze ma realne szanse na Oscara (o ile zostanie nominowany) czego mu naprawdę życzę. Gorąco polecam!
sobota, 05 grudnia 2009
niedziela, 22 listopada 2009
sobota, 14 listopada 2009
Florence and the Machine - "Lungs"
Tak na dobrą sprawę z Florence po raz pierwszy zetknąłem się na jednym z polskich portali muzycznych (dokładnie to tu na Screenagers.pl było) kiedy to Florence wydała swój pierwszy singiel zwiastujący cały album. Teledysk do "Dogs Day are Over" - bardzo obiecujący, kolorowy, jak mniemam był robiony na niezłej fazie;-) Płytę mam już od sierpnia ale przez pewien okres czasu zupełnie mi nie podchodziła. Sam sobie nie pomagałem w przyswojeniu materiału katując „Lungs” podczas jazdy starym (a przez to głośnym) autobusem. Jakby nie patrzeć tego typu brzmienia na zwykłych słuchawkach przegrywają z donośnym dźwiękiem silnika Autonaprawy;-D Przez te różnego rodzaju niedogodności poznawałem "Lungs" po kawałku. Niestety Florence and the Machine nie zdołali zachęcić mnie do słuchania pierwszymi sekundami utworów więc na początku byłem bardzo wybiórczy. Słuchałem pierwszej trójki i byłem szczęśliwy z tego, że nie zaczepiam reszty;-) Prawdziwym przełomem był pewien mini-koncert jaki zagrali dla MTV2. Później widziałem jeszcze jeden, dla jednej z brytyjskich rozgłośni radiowych i to w końcu mnie przekonało do przesłuchania "Lungs" 'od dechy do dechy'. I dopiero teraz wiem, że było warto;-) Muzyka Brytyjczyków zdecydowanie odbiega do frywolnych, indie-rockowych, podszytych skoczną gitarą numerów grup typu Arctic Monkeys czy The Kooks notabene również zamieszkujących wyspy. Widać jak na dłoni, że zespołem rządzi głoś Florence, a jej sposób wyrażania emocji, budowania nastroju jest najbardziej zauważalny. A co jest najbardziej zauważalne z bogatego instrumentarium (w którym nie mogło zabraknąć laptopa z jabłkiem)? Odpowiedź jest zaskakująca gdyż jest to… harfa, która stanowi w pewnym sensie egzotyczny dodatek, bardzo rzadko (jak nie w ogóle) spotykany w tego typu produkcjach. Nie zabrakło również elementów elektroniki (po to ten laptop ze świecącym jabłkiem), partii fortepianowych, świetnych chórków czy dźwięków smyczków razem tworzących jedyny, niepowtarzalny klimat przez duże ‘K’. Muszę przyznać, że zespół na serio wziął budowanie nastroju. Utwory są bardzo nieprzewidywalne. Niby się kończą a jednak się nie kończą, uderzają po raz kolejny z nową mocą ("Dogs Day Are Over") albo na chwilę się zatrzymują, przystają żeby po raz kolejny pięknie zagrać w uszach. Świetne uczucie i niebywałe wyczucie ze strony zespołu;-) Wszystko to jakoś trudno jest mi zaszufladkować. Raz czuć w tym post-rockowy klimat Sigur Rosa ("Blinding"), innym razem pojawia się indie ze wspaniałym harfowym intro ("Dogs Day Are Over") a jeszcze innym razem płyta zalatuje pięknymi balladami jak np. "I’m not calling you a Liar". Po nałogowym, kilkutygodniowym słuchaniu Lungs ciągle mi się podoba (inne płyty po pewnym czasie muszą odpocząć) i ciągle odkrywam w niej coś nowego! Nadal fascynują mnie te niesamowite bębny w "Drumming Song" czy arkadyjski klimat bardzo ciekawej piosenki pt. "My Boy Builds Coffins" opowiadającej o chłopcu budującym trumny, jak mówi tekst - nie krzesła czy stoły ale trumny;-D Ta umiejętność tworzenia muzyki, tak bardzo zróżnicowanej, ale jednocześnie na tak wysokim poziomie zasługuje na wszelkiego rodzaju laury i wyróżnienia. Jak dotąd "Lungs" jest zdecydowanie moją (zagraniczną) płytą roku!;-) Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika dobrej muzyki. Na koniec bonus, który można znaleźć na wersji dwupłytowej czyli "Bird Song Intro". Słowem - kosmos (a to tylko 1m20s);-) Florence and the Machine - "Bird Song Intro"
niedziela, 08 listopada 2009
niedziela, 01 listopada 2009
czwartek, 29 października 2009
|