|
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Moje strony
|
sobota, 14 listopada 2009
Florence and the Machine - "Lungs"
Tak na dobrą sprawę z Florence po raz pierwszy zetknąłem się na jednym z polskich portali muzycznych (dokładnie to tu na Screenagers.pl było) kiedy to Florence wydała swój pierwszy singiel zwiastujący cały album. Teledysk do "Dogs Day are Over" - bardzo obiecujący, kolorowy, jak mniemam był robiony na niezłej fazie;-) Płytę mam już od sierpnia ale przez pewien okres czasu zupełnie mi nie podchodziła. Sam sobie nie pomagałem w przyswojeniu materiału katując „Lungs” podczas jazdy starym (a przez to głośnym) autobusem. Jakby nie patrzeć tego typu brzmienia na zwykłych słuchawkach przegrywają z donośnym dźwiękiem silnika Autonaprawy;-D Przez te różnego rodzaju niedogodności poznawałem "Lungs" po kawałku. Niestety Florence and the Machine nie zdołali zachęcić mnie do słuchania pierwszymi sekundami utworów więc na początku byłem bardzo wybiórczy. Słuchałem pierwszej trójki i byłem szczęśliwy z tego, że nie zaczepiam reszty;-) Prawdziwym przełomem był pewien mini-koncert jaki zagrali dla MTV2. Później widziałem jeszcze jeden, dla jednej z brytyjskich rozgłośni radiowych i to w końcu mnie przekonało do przesłuchania "Lungs" 'od dechy do dechy'. I dopiero teraz wiem, że było warto;-) Muzyka Brytyjczyków zdecydowanie odbiega do frywolnych, indie-rockowych, podszytych skoczną gitarą numerów grup typu Arctic Monkeys czy The Kooks notabene również zamieszkujących wyspy. Widać jak na dłoni, że zespołem rządzi głoś Florence, a jej sposób wyrażania emocji, budowania nastroju jest najbardziej zauważalny. A co jest najbardziej zauważalne z bogatego instrumentarium (w którym nie mogło zabraknąć laptopa z jabłkiem)? Odpowiedź jest zaskakująca gdyż jest to… harfa, która stanowi w pewnym sensie egzotyczny dodatek, bardzo rzadko (jak nie w ogóle) spotykany w tego typu produkcjach. Nie zabrakło również elementów elektroniki (po to ten laptop ze świecącym jabłkiem), partii fortepianowych, świetnych chórków czy dźwięków smyczków razem tworzących jedyny, niepowtarzalny klimat przez duże ‘K’. Muszę przyznać, że zespół na serio wziął budowanie nastroju. Utwory są bardzo nieprzewidywalne. Niby się kończą a jednak się nie kończą, uderzają po raz kolejny z nową mocą ("Dogs Day Are Over") albo na chwilę się zatrzymują, przystają żeby po raz kolejny pięknie zagrać w uszach. Świetne uczucie i niebywałe wyczucie ze strony zespołu;-) Wszystko to jakoś trudno jest mi zaszufladkować. Raz czuć w tym post-rockowy klimat Sigur Rosa ("Blinding"), innym razem pojawia się indie ze wspaniałym harfowym intro ("Dogs Day Are Over") a jeszcze innym razem płyta zalatuje pięknymi balladami jak np. "I’m not calling you a Liar". Po nałogowym, kilkutygodniowym słuchaniu Lungs ciągle mi się podoba (inne płyty po pewnym czasie muszą odpocząć) i ciągle odkrywam w niej coś nowego! Nadal fascynują mnie te niesamowite bębny w "Drumming Song" czy arkadyjski klimat bardzo ciekawej piosenki pt. "My Boy Builds Coffins" opowiadającej o chłopcu budującym trumny, jak mówi tekst - nie krzesła czy stoły ale trumny;-D Ta umiejętność tworzenia muzyki, tak bardzo zróżnicowanej, ale jednocześnie na tak wysokim poziomie zasługuje na wszelkiego rodzaju laury i wyróżnienia. Jak dotąd "Lungs" jest zdecydowanie moją (zagraniczną) płytą roku!;-) Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika dobrej muzyki. Na koniec bonus, który można znaleźć na wersji dwupłytowej czyli "Bird Song Intro". Słowem - kosmos (a to tylko 1m20s);-) Florence and the Machine - "Bird Song Intro"
niedziela, 08 listopada 2009
niedziela, 01 listopada 2009
czwartek, 29 października 2009
sobota, 17 października 2009
L.U.C – "39/89 Zrozumieć Polskę"
W sumie dzięki tej akcji wypuszczenia płyt do sieci Ci artyści mogli zdobyć jeszcze więcej fanów. Pisały o nich gazety, portale internetowe, serwisy muzyczne co nie zdarza się tak często (szczególnie w przypadku L.U.C’a). Teraz pora na meritum;-) Rok 2009 jest rokiem kilku wielkich, nagłośnionych przez media rocznic. Obchodziliśmy 65. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, 70. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej oraz 20-lecie obalenia komunizmu. Nowa płyta L.U.C’a czyli Łukasza Rostkowskiego niemal idealnie wpisuje się w tegoroczne obchody, na które od kilku lat artyści przygotowują bardzo ciekawe (Lao Che – "Powstanie Warszawskie", Aga Zaryan – "Umiera Piękno") lub mniej ciekawe (składanka "Gajcy") albumy. Nie ulega wątpliwości, że L.U.C mimo świetnej dykcji nie był artystą wydającym płyty łatwe i przyjemne. Jeśli mam być szczerzy – jego płyty bardziej mnie denerwowały niż sprawiały większą przyjemność. Z tego powodu nigdy nie pałałem do niego wielką muzyczną sympatią, ale przyznam, że jego przedostatnie wydawnictwo czyli płyta i książka (wydana razem grafikami i filmem pod zbiorczym tytułem "Planet L.U.C") emitowana i czytana w Trójce zdecydowania poprawiała mi humor;-) Niecały rok po publikacji "Planet L.U.C" Łukasz Rostkowski wydaje coś zupełnie nowego, raczej niespotykanego na naszym rynku muzycznym. "39/89 Zrozumieć Polskę" to słuchowisko, zawierające muzyczny opis pięćdziesięciu lat naszej historii. Owy muzyczny opis to urywki przemówień polityków, fragmenty serwisów informacyjnych, dobrych i złych informacji. Wszystko idealnie wtopione w bardzo ciekawe, zróznicowane podkłady i powiedzione na pojedyncze utwory. Tematyka była trudna, bo paradoksalnie łatwa do skopania wiejskim beatem czy też eskowym podkładem jednak L.U.C'owi udało się całość zamknąć w bardzo przystępnej formie. W tym przypadku każdy utwór stanowi integralną część całości, opisuje dane wydarzenie ale jednocześnie koniec jednego utworu, jest początkiem kolejnego. W odtwarzaczu zmiany kolejnych ścieżek są prawie niezauważalne co sprzyja wysłuchaniu całości od początku aż do końca. Słuchać przecie jest czego. Pojawiają się pulsujące, dozujące napięcie rytmy, chórki oraz partie muzyki klasycznej. Wszystko spięte wypowiedziami, czasem ironicznymi, wesołymi ale znacznie częściej smutnymi, wręcz dołującymi słuchacza. 50 lat historii Polski (1939-1989r.) nie skłaniało do wielkiego entuzjazmu, więc nie ma się co dziwić nastrojowi utworów serwowanych przez L.U.C’a. Myślę, że na pierwszy plan tego barwnego słuchowiska wysuwają się utwory mające specyficzny klimat. Mam na myśli "Tribute To Stefan Starzynski", "Przebudzenie Boga 1978" oraz "Tribute To Lech Wałęsa". Pierwszy z nich został opatrzony świetnymi fragmentami przemówienia ówczesnego prezydenta Warszawy, smyczkami zgranymi z mocnym, pulsującym rytmem. Drugi zaczyna się wyborem Karola Wojtyły na papieża, pojawia się chór, nadal wyraźnie słychać smyczki oraz ciekawy rytm obecny również w ostatnim utworze, podszytym gitarą, świetnie uzupełniającą słowa Lecha Wałęsy. Jak powszechnie wiadomo od wielu lat książki w Polsce są ‘be’, a te historyczne mają się jeszcze gorzej i są kojarzone z najgorszym złem, malarią, wojnami, Andrzejem Lepperem etc.;-) W czasach kiedy książki stały się passé płyta L.U.C’a jest świetnym wynalazkiem, który bawi ucho, w pewien sposób edukuje a do tego nie pozwala zapomnieć o naszej wspólnej historii. Dobra robota, L.U.C’u;-)
środa, 07 października 2009
Przestrzeń Muzyki Live! – Zamość 2009
Przybyliśmy w sobotę pod OSiR wcześnie, bo już ok 16ej bez biletów (planowo miało się zacząć o 17 – o czym nie wiedzieliśmy), które chcieliśmy od razu nabyć lecz organizacja leżała i kwiczała… Na szczęście kupiliśmy znacznie taniej u konika, można było również założyć konto w jednym z banków i dostać bilet za darmo^^ W międzyczasie przeszliśmy się tu i tam, zwiedzaliśmy halę (wpuszczono nas bez problemu), odwiedziliśmy sklep i stadion HETMANA Zamość. Anka opowiedziała mi jak to nie lubi Radiohead (grr…;-P), szukaliśmy w głowach polskiego wykonawcy na Main Stage Open’era 2010 ale wychodzi na to że wszyscy znani i lubiani już tam grali i tak aż do ~17:45, kiedy to zaczęto wszystkich wpuszczać. Ogólnie rzecz biorąc hala jest halą i halą sportową powinna zostać (dobrze by było gdyby ktoś dobrze ustawił zegar na tablicy świetlnej^^). Nie chce nikomu wrzucać ale jej akustyka powinna od razu organizatora odtrącić… Niestety z tego co wiem Zamość nie ma innego, przyzwoitego miejsca na takie imprezy jesienną porą więc w imię przysłowia „jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma” koncert na OSiRze odbyć się musiał… W każdym bądź razie trudno było cokolwiek wyraźnie usłyszeć stojąc kilka metrów od sceny na płycie. Ci którzy siedzieli na trybunach mieli jeszcze gorzej – ich strata. Dla niektórych koncert rozpoczął się dopiero występem Myslovitz. W trakcie występów dwóch zespołów konkursowych pod sceną stało jakieś 200 osób, reszta wyczekiwała na trybunach lub oglądała "Dobranockę" i tuż po niej przybyła na koncert;-D Zespoły konkursowe były dwa ale naprawdę nie wiem o co walczyły^^ Pierwszy – Kaligula z Biłgoraja grał jakiś metal, który specjalnie nie przypadł nam do gustu. Po prostu słuchamy czegoś innego, szanujemy innych (tzw. ‘czarnuchów w glanach’ również);-D Drugi zespół grał jakieś tam reggae (Anka mi mówiła jakie to dokładnie jest ale zapomniałem, jak się dowiem - poprawię). Mieli dobrego, zakręconego wokalistę, który strasznie się starał ale nagłośnienie nie pozwalało nam go zrozumieć… Ogólnie rzecz biorąc był klimat i to trzeba tym chłopakom oddać. Pora na gwiazdy wieczoru: Pustki Jak zwykle bardzo klimatycznie, z polotem ale niestety bez utworu "Senty menty". Zespół grał głównie z ostatniej płyty. Pojawiły się m.in. "Żałobniki Wynocha", "Nie zgubie się w tłumie", "Parzydełko" oraz "Niezdrowy rozsądek". Zagrali także dwa utwory z nowej płyty "Kalambury", która ukarze się jeszcze w październiku. Jednak największe moje zainteresowanie wzbudziła "Słabość chwilowa" a szczególnie fenomenalne intro tuż przed. Radek Łukasiewicz na gitarze rządzi! Po tym koncercie lubię ich jeszcze bardziej;-) Myslovitz Po koncercie Pustek stałem zaraz obok barierek. W pewnym momencie grupa pięciu zjaranych, podchmielonych ‘gorących trzynasetek’ ruszyła na barierki, żeby jak najlepiej zobaczyć Artura Rojka. Jak już dorwały się barierek to prawie je przewróciły (nie trzeba było być strongmanem żeby to zrobić), ja usunąłem się nieco dalej od sceny. Po kilku minutach dołączyła do mnie Anka, która wymiękła po wyznaniach jednej z nich (która chciała, żeby Rojek podpisał się na jej piersiach)^^ Po koncercie widziałem jak jedna z nich miała bluzkę z wymalowanym markerem napisem MYSLO i wielkim krzyżem poniżej. Nie wiem o co jej chodziło, może miała na myśli Justice? W sobotę dowiedzieliśmy się dlaczego alkohol jest od 18 lat. Młode panny, gimnazjalistki (jak przypuszczam), trochę dalej od sceny, były w takim stanie, że aż szkoda słów... To ja może powrócę to meritum…;-) Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiej psychodelii po Myslovitz, szczególnie zaraz na początku ("Życie to surfing") i pod koniec ("Good Day My Angel"). Nie zabrakło wielkich przebojów typu "Acidland", "Sprzedawcy marzeń", "Chciałbym umrzeć z miłości" czy "Kraków". Ja sobie jednak pomarudzę bo czekałem na "James, Radiogłowi I Żuk Z Rewolwerem Jadą Do Nikąd" oraz na "Książkę z drogą w tytule" i się nie doczekałem… Było bardzo bardzo przyzwoicie, długo (ponad 1,5h z 3 bisami) ale bez fajerwerków. Myslovitz wielkim zespołem jest i ten koncert nic w tym temacie nie zmienił;-) Cały wieczór jak najbardziej udany, liczę na kolejne tego typu koncerty w Zamościu!
niedziela, 27 września 2009
MTV Video Music Awards
Wszyscy zainteresowani pewnie wiedzą kto, co i w jakich okolicznościach dostał, jak to Kanye West brzydko i okropnie się zachował (no! no! no!^^) zatem ogólny zarys wydarzenia mam za sobą;-) Oczywiście nie jestem i nigdy nie byłem wielkim fanem tego typu imprez więc gali nie widziałem na żywo (może to i lepiej) ale obejrzałem sobie spokojnie w dwa tygodnie później dzięki sympatycznemu nbox HDTV recorderowi (ale krypciocha^^). Teraz pora na szczegóły, które przykuły moją uwagę i z którymi z Wami (w punktach) się podzielę.
To by było na tyle;-)
sobota, 26 września 2009
Jack Peñate – "Everything Is New"
Przyznam bez bicia, że "Everything Is New" przeleżała swoje i zupełnym przypadkiem zebrałem się żeby ją dokładnie przesłuchać. Teraz wiem , że głupio zrobiłem i że było warto w końcu po nią sięgnąć;-) Gitarowe, skoczne brzmienie Jack zamienił na gitarę grającą przyjemne, wyciszone melodie, budujące nastrój i niewątpliwie wyzwalające emocje. Do tego proste rytmy perkusji wyróżniające się jedynie w pojedynczej partii "So Near" oraz zalatujące starym winylem modyfikacje wokalu w chilloutowym "Body Down". Całość nie jest ani przesadnie wesoła, ani specjalnie smutna czy też dołująca. Jack Peñate znalazł pewien złoty środek pomiędzy genialnym feelingiem a ambitnymi, złożonymi konstrukcjami utworów przez co te nieco ponad trzydzieści minut całości słucha się tak jak jednej, pięknej piosenki. Cóż tu więcej dodać? Po prostu jestem pod wielkim wrażeniem talentu Jacka Peñate!:-) Zatem słuchajmy "Everything is New" i cieszmy się pięknym babim latem w tym roku!;-) PS. Jack nauczył wszystkich, że ma na nazwisko Peñate (czyt.: ‘penjate’ ) a nie jak dawniej Penate (czytaj: ‘Pinejt’). To tak gwoli ścisłości;-D
sobota, 12 września 2009
Arctic Monkeys – "Humbug"
Pomijając mój wtórny analfabetyzm, lichą znajomość liter i znaków (co to jest w ogóle?) z przykrością musze stwierdzić, że do trzeciej płyty Arctic Monkeys podchodziłem ponad 10 razy i z reguły odpadałem po kilku utworach. Raz przesłuchałem w skupieniu całość ale nie powiem żebym się specjalnie podniecił nowymi kawałkami. Coś z tym albumem jest nie tak, czegoś zabrakło, coś w między czasie odeszło w siną dal. Kiedyś, na "Favorite Worst Nightmare" czy na debiutanckiej "Whatever people say.." panowie rzeczywiście potrafili dać czadu, zakręcić publiką tak, że wsiąknęła aż po same uszy. Na nowym albumie Arctic Monkeys stracili nieco impetu. Po pierwsze: wybyli nagrywać do stanów (tę zmianę ‘klimatu’ trochę słychać), po drugie zaczęli współpracować z nowymi, amerykańskimi producentami i w ten sposób całkowicie odmienili swoje brzmienie fundując rozwlekłe, garage’owe partie stanowiące mękę dla ucha, szczególnie w sytuacji kiedy spodziewałem się czegoś innego, bardziej podobnego do wcześniejszych albumów. Krótko - na "Humbug" impetu brak, czasem pojawiają się jakieś przebłyski dawnej formy w postaci singlowego "Crying Lightning" oraz jeszcze dwóch utworów: "Secret Doors" i "The Jeweller's Hands" ale ogólny stan rzeczy jest marny. Trudno się czegoś zaczepić, trudno o jakiś haczyk, ideę ciągnącą mnie przez kolejne utwory, trudno także o wysoką notę… Może to wszystko jest ambitne ale chyba nie dla mnie;-) Arctic Monkeys wywrócili swoja muzykę do góry nogami co w moim przekonaniu nie wyszło im na dobre. Skończył się alternative rock, a z popiołów powstał garage, psychodelia i rock przypominający to ‘coś’ zwykle grane tuż przed zamknięciem zadymionego baru. Spodziewałem się kolejnej ‘bomby’, dostałem petardę, taką Pikolo, za 10 groszy.
niedziela, 06 września 2009
Nie byłem na Radiohead…
Przyznam, ze jest mi trochę głupio pisać o koncercie, którego nie widziałem i nie przeżyłem. Moja wiedza praktyczna jak i teoretyczna opiera się jedynie na dobrej jakości bootlegu, wielu filmach na YouTube oraz wrażeniach osób piszących na Blipie. Jakby nie patrzeć oglądanie na YouTube znacząco różni się od przeżywania widowiska pod sceną, widoku zespołu a także całej otoczki (światła, wizualizacje, wystrój etc.) towarzyszącej tego typu imprezom. Skoro mowa o otoczce, warto wspomnieć (choćby dla świętego spokoju), że Radiohead wystąpili w Polsce po raz drugi. Po raz pierwszy zagrali w Sopocie w 1994 roku czyli wtedy, kiedy nie byli w ogóle popularni i cieszyli się, ze ktoś z dziennikarzy w ogóle z nimi rozmawia;-) Dzisiaj Radiohead to bez wątpienia wielka gwiazda, która szafuje koncertami (w tym roku zagrali w Europie zaledwie pięć) co z pewnością wpływa na prestiż każdego z nich i zdecydowanie nie sprzyja tworzeniu ‘klonów’ jednego widowiska. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi ci, którzy byli w tym roku w Pradze usłyszeli zupełnie inną tracklistę niż uczestnicy koncertu w Poznaniu wyróżnieni przez zespół utworem "Creep" (zagranym po raz ostatni jakieś 3 lata temu). Ekologia dzięki, której udało się ściągnąć Radiohead do Poznania (wystąpili przecież w ramach festiwalu Poznań dla Ziem) to jeden z pomysłów, który zespół stara się sprzedać przy okazji koncertu w danym miejscu. W ten sposób Radiohead dbają o emisję CO2 do atmosfery (po koncertach dostają odpowiedni raport), wysyłają sprzęt statkami a sami przyjeżdżają na koncerty samochodami… z napędem hybrydowym;-) Dla mnie jest to trochę dziwne, tym bardziej, że różnego typu efekty wizualne (lampy, diody, lasery itd.) jak i nagłośnienie zużywa potężne ilości energii, która z kosmosu do nas nie przybywa, a raczej pochodzi z głównie węgla;-) Radiohead od lat lubią różnego rodzaju ‘fanaberie’, dzięki którym zjednali sobie wielu fanów. Za darmo udostępnili w sieci słuchaczom swoją ostatnią płytę "In Rainbows", w czasach kiedy nikt tego nie robił. Ostatnio w podobny sposób potraktowali swoje najnowsze nagranie – "These Are My Twisted Words" co daje im potężny oręż kiedy stają w obronie wszystkich oskarżanych o piractwo, tak więc myślę, że nic złego autorowi bootlega jak i twórcom nieoficjalnego dvd nie grozi;-) Przyznam, że od lat Radiohead imponują mi stylem pozbawionym pewnego rodzaju gwiazdorstwa, pozerstwa czy też nonszalancji. Żaden z nich nie musi adoptować setki dzieci, robić sobie nagich sesji, bywać na bankietach czy na czołówkach gazet. Ich popularność bierze się przede wszystkim ze wspaniałej muzyki, która dzięki wydawaniu ciągle nowych płyt i utworów stała się swego rodzaju legendą, która chcą poznawać coraz to młodsi słuchacze na całym świecie (spójrzcie na ranking Last.fm). Na koniec jeszcze jedno! Jestem przekonany, że nie był to ostatni koncert Radiohead! Myślę, że wrócą za parę lat do Polski aby zagrać dla jeszcze większej grupy ich fanów;-) |