statystyka
Katalog Dobrych Stron DI
niedziela, 24 maja 2009
Crystal Castles – "Crystal Castles"

crystal castlesPamiętam jak ładnych parę lat temu u kolegi pykaliśmy w niezmordowanego Mario Brosa pokonującego coraz to nowsze plansze pełne wszelakiego niebezpiecznego ustrojstwa. Grało się na Atari czyli jednej z pierwszych konsoli, które zrewolucjonizowały rynek gier komputerowych. Gry na ówczesne konsole choć niezmiernie ubogie, posiadały jeden dość znikomy atut a mianowicie bardzo prymitywną, 8-bitową, nieco jazgoczącą muzykę do której sięgnęli i którą wyśmienicie odświeżyli gwiazdy tegorocznego Open’era - Crystal Castles.

Crystal Castles (nazwa także wzorowana na tytule gry na Atari) to dwuosobowy zespół, który w ubiegłym roku zadebiutował na rynku wzbudzając spore emocje, zbierając przy tym całkiem przyzwoite recenzje. Zaczęło się na publikacji w sieci (dokładnie na MySpace), a skończyło wydaniem wyśmienitej płyty.

Jest się czym zachwycać. Crystal Castles udało się połączenie dawnego, prymitywnego brzmienia z elementami modnego electro oraz trance’owego wokalu. Na płycie można znaleźć absolutnie wszystko. Od przeraźliwie głośnego, wręcz irytującego, punkowego "XXZXCUZX Me" przez zalatujący hip-hopowym beatem "Courtship Date" aż po spokojny, kończący płytę "Tell Me What To Swallow". Ten imponujący, zróżnicowany, ponad 50-minutowy zestaw dający momentami wrażenie totalnej improwizacji (wokal Alice to coś!) porywa do tańca i obudzi każdego! Już sobie wyobrażam co może się dziać na ich koncercie w lipcu, w Gdyni;-)

Crystal Castles udowodnili światu, że można nagrać płytę bardzo prostą pełną dawanych inspiracji. Ich album jest także dowodem potęgi elektroniki, która ostatnimi czasy przedostaje się do niemal każdej z wydawanych płyt. To dzięki elektronice można budować albumy zróżnicowane stylistycznie ale jednocześnie bardzo składne, oparte na podobnych dźwiękach, samplach. Gorąco polecam!

niedziela, 17 maja 2009
Heineken Open’er Festival + 'Łukasz z Biłgoraja' = LANS
opener big

Oj dawno, dawno było coś o Open’erze a trochę się ostatnio wydarzyło. Ponad tydzień temu, w czwartek poznaliśmy kolejnych wykonawców a byli nimi: legenda rocka Faith No More, Patrishia Ann, debiutantka po raz pierwszy goszcząca na europejskich festiwalach oraz Late of the Pier. Co ciekawe płytę tych ostatnich ostatnio bardzo długo słuchałem dzięki inspiracji zaczerpniętej z radia Last.FM;-) Jak mi się zechce to może napiszę coś więcej w najbliższym czasie ale nie obiecuję;-P

W czwartek poznaliśmy pierwszych polskich wykonawców Heineken Open’er Festival 2009 oraz jednego zagranicznego, który prawdopodobnie  jest ostatnim (ale wiecie, z organizatorami nigdy nic nie wiadomo;-)).

Wśród siódemki wymienionej przez Mikołaja Ziółkowskiego znaleźli się:

 

Łąki Łan – dla mnie praktycznie nieznani;-P

The Car Is On Fire – jeden z moich ulubionych polskich zespołów, który już 20 maja wydaje kolejną, trzecią jpłytę, następcę wyśmienitej „Lake and Flames”.

Gaba Kulka – o właśnie! To jest postać, którą w najbliższym czasie muszę się naprawdę mocno zainteresować. Kilka dni temu wydała swoją debiutancką płytę "Hat, Rabbit" a występ Openerze z pewnością będzie jednym z ważniejszych punktów w jej promowaniu.

Renton – jeden z najmocniejszych debiutów ostatnich 12 miesięcy. Prawie rok temu pisałem o ich bardzo przyzwoitej pierwszej płycie. Myślę, że warto zobaczyc ich w wersji live.

Maria Peszek – największa polska skandalistka-wokalistka. Jej występy w TVP oburzyły "Nasz Dzienniik" (tragedia!) ale Maria Awaria się nie przejmuje i podobno jej koncerty są świetne. Marię zobaczymy na Scenie Gównej;-D

SOFA
– Jestem w trakcie przesłuchiwania ich drugiej płyty zespołu, na której udzielił się m. in. OSTRJamal. Jak na razie akcje SOFY rosną choć jeszcze dokładnie nie przesłuchałem całości;-D

Village Collective – kolejny młody i nieznany mi zespół;-) Niech ktoś mnie oświeci!;-D
Kolejnym zagranicznym artystą jest:

Peter Bjorn and John – zespół jednego, świetnego kawałka, który dał im ogólnoświatową karierę. Podobno wydali kolejną „bardzo dobrą płytę” (w „” słowa M. Ziółkowskiego) ale jakoś ją sobie odpuściłem;-P
 
Czwartkowy "Program Alternatywny", a w zasadzie jego połowa była poświęcona także na zadawanie pytań. Jako, że posiadam piękną, smukłą, nafaszerowaną bajerami (częściowo zupełnie nie potrzebnymi) Omnię to od pewnego czasu chodziło za mną pytanie czy jej 5-megapikselowy aparat nie będzie przeszkodą w wejściu na teren festiwalu. Od jakiegoś czasu wiedziałem, że telefon do Trójki (223333333) to nie jakiś nie pic na wodę więc zadzwoniłem;-D Co ciekawe bez większego trudu udało mi się dodzwonić(!).Na antenie przedstawiony zostałem jako 'Łukasz z Biłograja' ale w Biłgoraju nie mieszkam choć w momencie dzwonienia byłem w Biłgoraju ;-D  Po (nie ma co ukrywać) niezgrabnym, nieco przydługim zadaniu pytania usłyszałem wspaniały wykład Mikołaja Ziółkowskiego, który poniżej streszczam:
 
Na teren festiwalu nie wejdą żadne aparaty cyfrowe wyglądające jak cyfrowe (np. taki mój Sony DSC-H9), które jak rozumiem mają powyżej 3,2Mpx. Wynika to z pewnego rodzaju klauzuli jakie podpisuje organizator z zagranicznymi wykonawcami dbającymi o swój wizerunek. Natomiast telefony komórkowe, również z aparatami cyfrowymi np. 5-6Mpx nie będą zatrzymywane bo 'nie ma to sensu'.
 
Po moim telefonie na maila "Programu Alternatywnego" przyszła burza maili, pisał jakiś prawnik, jeszcze inni pisali o aparatach kliszowych więc ogólnie dyskusja na ten temat mogłaby być naprawdę długa gdyby nie 20:50 czyli "Powieść w Trójce". Ja ze swojej strony liczę na spełnienie obietnicy:-P
 
Ogólnie rzecz biorąc uważam, że mogę sobie dopisać  tzw. '200 punktów lansu';-D Szkoda tylko, że nie zareklamowałem bloga, wtedy byłoby z '500 punktów lansu' i przeciążenie serwerów Bloxa gratis^^ Jeżeli ktoś inny ma nagraną całą audycje to proszę usilnie o kontakt na maila pan-audytor@gazeta.pl. W końcu takie rzeczy, nagrane w prime time'ie Trójki trzyma się dla potomnych^^
12:34, pan-audytor , Festiwale
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 maja 2009
"Jest dobrze... piosenki niedokończone" (Składanka)

piosenki niedokonczoneNie lubię składanek bo zwykle swoją budową przypominają groch z kapustą pozbawiony logicznego sensu. Jako, że ostatnio mamy prawdziwy wysyp różnego rodzaju składanek, w tym także świetnych soundtracków, to i na blogu musiało się w końcu coś znaleźć 'ku pokrzepieniu serc czytelników';-D Dzisiaj przyszła pora na piosenki zaśpiewane przez znanych polskich aktorów i piosenkarzy będące hołdem oddanym wielkim polskich artystom: Janowi Himilsbachowi i Zdzisławowi Maklakiewiczowi. Płyta choć momentami urzeka humorem, świetnymi aranżacjami i artystycznym polotem to jako całość nie powala i potwierdza moją początkową tezę.

"Jest dobrze..." to płyta bezpośrednio nawiązująca do lat PRLu inspirowana twórczością wyżej wymienionych polskich artystów. Może się wydawać, że te przewrotne i zabawne teksty zaśpiewane przez Maćka Maleńczuka, Jacka 'Budynia' Szymkiewicza czy obśmianego Andrzeja Grabowskiego są jednym wielkim żartem. Na szczęście tak nie jest i ta 'radosna' część płyty to prawdziwy atut tego wydawnictwa przeznaczony zarówno dla młodych jak i starych.

Niestety radość na płycie się kończy. Dwukrotnie pojawia się zacny Stanisław Sojka ale akurat jemu nic nie można zarzucić. Po razie (na szczęście!) pojawiją się Hanna Banaszak śpiewająca o mailach i smsach oraz mruczący i stękający Janusz Kłosiński. Ok., Ci ‘balladziarze’ mają swoje lata i należy im się pewien szacunek ale muzycznie pasują do reszty składanki jak kwiatek do korzucha. Do tego totalnie irytuje mnie playlista zbudowana bez podziału na 'strefę' wolniejszą i szybszą co naprawdę przypomina mieszankę grochu z kapustą i zdecydowanie nie nadaje się do słuchania od A do Zet.

Pisałem Wam na początku, że nie lubię składanek i chyba swojego zdania szybko nie zmienie;-D "Jest dobrze…" jako całość może idealnie pasować wszystkim podczas libacji przy wysokoprocentowych trunkach;-) W końcu Grabowski nie na darmo śpiewa o "Małym Piwku" czy też kacu ("Jestem jak motyl") a Budyń wspiera go kawałkiem "Jak się bawię to się bawię!";-P

sobota, 02 maja 2009
"Generał Nil"

general nilOstatnie lata polskiego kina to wyraźny podział na dwa gatunki filmowe: marne, nijakie a nawet głupie komedie romantyczne oraz lepsze lub gorsze kino historyczne. Tę druga kategorię filmową na dobre zapoczątkował Andrzej Wajda prezentując wszystkim "Katyń", który swego czasu "Polityka" 'reklamowała' jako  „dzieło, na które warto się wybrać choćby ze względu na kryzys twórczy Wajdy”. Rzeczywiście, film osiągnął sukces. Ludzie poszli do kin, sale pękały w szwach a przy okazji kolejnego dzieła Wajdy wszyscy z nas przeżyli lekcję historii. "Katyń", choć nieco nudny, został nominowany do Oskara, którego i tak nie zdobył.

Za sukcesem "Katynia" poszli inni twórcy. Pojawiły się filmy o życiu Jana Pawła II, o ks. Popiełuszce a ostatnio dwa nowe: "Generał - zamach na Gibraltarze" oraz nieco zbliżony tematycznie "Generał Nil" traktujący o gen. Emilu Fieldorfie zabitym w 1952 roku przez komunistów.

"Generał  Nil" to kolejny film przybliżający nam ważną postać historyczną. O ile o Katyniu czy o Janie Pawle II słyszał prawie każdy to o Emilu Fieldorfie zapewne niewielu dlatego funkcja dydaktyczna filmu jest jak najbardziej widoczna. Całość wyreżyserował zaprawiony w bojach "Ryszard Bugajski" mający na swoim koncie reżyserie takich filmów jak "Śmierć rotmistrza Pileckiego" czy "Solidarność, Solidarność". Główna rola, rola Emila Fieldorfa przypadała nie byle komu bo Olgierdowi Łukaszewiczowi. Łukaszewicz musiał się zmierzyć z przestawieniem człowieka-legendy w sposób bardzo naturalny i zapadający w pamięć co w mojej ocenie jak najbardziej się udało.

Fabuła filmu w dużej mierze oparta jest o życie zawodowe generała. Bugajski przedstawia jego zasługi podczas kierowania dywersją AK, zesłanie na Syberię oraz powrót do ojczyzny gdzie zostaje aresztowany i w ustawionym procesie skazany na śmierć. Podczas tych scen nieco bliżej poznajemy kilku innych żołnierzy oraz cywilów walczących i cierpiących za ojczyznę. Obserwujemy brawurową akcję zabicia Franza Kutschery oraz dokładnie śledzimy chwile od obserwacji przez aresztowanie aż po wykonanie wyroku. Ta ostatnia część, choc momentami bardzo wymowna była zdecydowanie za długa. Myślę, że to co Bugajski przestawił w ok. 40 minutach filmu mogłoby się z powodzeniem zmieścić w 15-stu.

"Generał Nil" to także opowieść o generale mężu, ojcu i dziadku powracającym do swojej rodziny po latach na Syberii. Fieldorf miał problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, próbował odzyskać zaufanie rodziny, a ujawniając swoją postać chciał godnie spędzić resztę życia. Tak się jednak nie stało i to co generał uważał za sprawiedliwe i uczciwe wobec innych polaków obróciło się przeciwko niemu.

Wśród scen związanych z rodziną Fieldorfa moją uwagę zwróciła ta podczas widzenia generała z rodziną. Córki z żoną krzykiem i płaczem błagały ojca o napisanie pisma o łaskę, którego generał nie chciał napisać. Pod naciskiem rodziny Fieldorf zaakceptował prośbę co wywołało wielką radość. Cała scena miała być wzruszająca a tak naprawdę była przerysowana i wzruszała jak 3672 odcinek "Mody na sukces". Wydaje mi się, że zabawa konwencją "nakrzyczeć, nawrzeszczeć, popłakać" powinna odejść w zapomnienie, przynajmniej w tej żeńskiej obsadzie.

Nie ulega wątpliwości, że "Generał Nil" to kino bardzo poruszające i wydaje mi się, że powinno być ważne dla każdego Polaka. Mimo swoich wad i niedociągnięć warto go obejrzeć.

00:18, pan-audytor , Kino
Link Dodaj komentarz »