statystyka
Katalog Dobrych Stron DI
niedziela, 27 września 2009
MTV Video Music Awards

MTV VMA 2009Dzisiaj tradycyjnie w moim stylu czyli dwa tygodnie po wydarzeniu wreszcie coś na ten temat publikuję;-)

Wszyscy zainteresowani pewnie wiedzą kto, co i w jakich okolicznościach dostał, jak to Kanye West brzydko i okropnie się zachował (no! no! no!^^) zatem ogólny zarys wydarzenia mam za sobą;-)

Oczywiście nie jestem i nigdy nie byłem wielkim fanem tego typu imprez więc gali nie widziałem na żywo (może to i lepiej) ale obejrzałem sobie spokojnie w dwa tygodnie później dzięki sympatycznemu nbox HDTV recorderowi (ale krypciocha^^). Teraz pora na szczegóły, które przykuły moją uwagę i z którymi z Wami (w punktach) się podzielę.

  1. Lady Gaga – niekwestionowany lider wśród celebrytów tegorocznej gali VMA, dla niektórych bogini seksu - dla mnie bogini ekscentryzmu czego dowodem była właśnie gala VMA. Lady przybyła w dziwacznym gorsecie usztywniającym szyję, na głowie miała perukę i kapelusz natomiast pół twarzy zasłoniła finezyjną maską. W trakcie gali wystąpiła z grupą taneczną, umazała się farbą, udała nieżywą a na publiczność wróciła z całym ciałem okrytym czerwoną, firankową tkaniną (co operator kilkakrotnie pokazał całemu światu). Odebrała nagrodę dla Najlepszego Artysty Roku (na scenie ceremonialnie zdjęła z twarzy firanę) po czym znowu się przebrała - tym razem podskakiwała w czymś co przypominało posiekaną kapustę przyklejoną do szmaty i zakręconą wokół głowy. Sam teraz nie wiem która z tych odsłon Lady Gaga była najgłupsza;-D
  2. Russell Brand - swietny prowadzący, którego widziałem chyba po raz pierwszy. Muszę przyznać, że naprawdę miał co i jak powiedzieć;-) Wielki szacun za tę niebanalną konferansjerkę;-)
  3. Michael Jackson stał się prawdziwą legendą i niezłym brandem po śmierci dlatego na gali MTV VMA Madonna opowiadała o jego i swoim życiu, tańczono to "Thrillera", pojawiła się jego siostra, pokazano trailer do filmu o nim, wielu się wzruszyło – ja jakoś nie.
  4. Była także Beyonce (MS Word próbuje mnie uświadomić że chodziło o Betonce^^), która za cenę idealnego pokazu ruchów scenicznych pod koniec występu nawet nie próbowała nadążyć za playbackiem.
  5. MTV – od tego powinienem zacząć ale po co sobie psuć nastrój już na początku tekstu? Jakby nie patrzeć - muzyczna telewizja, muzyczną już dawno nie jest. Natomiast MTV VMA potraktowano jako świetny zarobek (czyt. bloki reklamowe co 10 minut). W ten sposób z jakiejś półtorej godziny gali zrobiono idealne dwie i pół (chyba jednak dobrze zrobiłem, że wszystko nagrałem i sobie przewijałem). Z kolei polska 'odnoga' stacji miała gdzieś zafundowanie publice porządnego tłumacza (very strange). Poradziłem sobie bez niego:-D
  6. Shakira w Pre Show mówiła, że lubi Crystal Castles i Bat For Lashes a do tego pięknie wyglądała dlatego ja też ją lubię;-)
  7. Niemal na sam koniec zaserwowano występ (+świetne fortepianowe intro z przechadzką Jay'a po korytarzach aż na samą scenę), który mnie totalnie rozwalił, rzucił o ścianę i chodził za mną cały wczorajszy dzień. Na scenie pojawiła się Alicia Keys i Jay-Z promujący swój najnowszy album. "Empire State of Mind" czyli utwór o Nowym Jorku (miejscu tegorocznej gali) to było coś! Poniżej kiepska jakość, lepsza (tylko audio) - tu.

To by było na tyle;-)

15:45, pan-audytor
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 września 2009
Jack Peñate – "Everything Is New"

Jack Penate - Everything Is NewDwa lata temu Jack Peñate ujął wszystkich (no… prawie wszystkich, ale mnie na pewno) luźnymi, skocznymi, indie-popowymi piosenkami. W tym roku powrócił z płytą, która rzeczywiście jest zupełnie inna muzycznie niż poprzednia (stąd wymowny tytuł), a do tego bardzo oryginalna i pomysłowa. Chyba już wiecie dlaczego od kilku tygodni rządzi moją playlistą;-)

Przyznam bez bicia, że "Everything Is New" przeleżała swoje i zupełnym przypadkiem zebrałem się żeby ją dokładnie  przesłuchać. Teraz wiem , że głupio zrobiłem i że było warto w końcu po nią sięgnąć;-) Gitarowe, skoczne brzmienie Jack zamienił na gitarę grającą przyjemne, wyciszone melodie, budujące nastrój i niewątpliwie wyzwalające emocje. Do tego proste rytmy perkusji wyróżniające się jedynie w pojedynczej partii "So Near" oraz zalatujące starym winylem modyfikacje wokalu w chilloutowym "Body Down". Całość nie jest ani przesadnie wesoła, ani specjalnie smutna czy też dołująca. Jack Peñate znalazł pewien złoty środek pomiędzy genialnym feelingiem a ambitnymi, złożonymi konstrukcjami utworów przez co te nieco ponad trzydzieści minut całości słucha się tak jak jednej, pięknej piosenki.

Cóż tu więcej dodać? Po prostu jestem pod wielkim wrażeniem talentu Jacka Peñate!:-) Zatem słuchajmy "Everything is New" i cieszmy się pięknym babim latem w tym roku!;-)

PS. Jack nauczył wszystkich, że ma na nazwisko Peñate (czyt.: ‘penjate’ ) a nie jak dawniej Penate (czytaj: ‘Pinejt’). To tak gwoli ścisłości;-D

sobota, 12 września 2009
Arctic Monkeys – "Humbug"

Arctic Monkeys - HumbugZacznijmy od tego, że od początku (tj. od publikacji pierwszych materiałów promocyjnych) myślałem, że ta płyta będzie się nazywała… Hamburg. Później skorygowałem swoje myślenie na.. Hambug aż w końcu (po wnikliwej  lekturze "Elementarza" Falskiego) uświadomiłem sobie że chodzi o "Humbug";-)

Pomijając mój wtórny analfabetyzm, lichą znajomość liter i znaków (co to jest w ogóle?) z przykrością musze stwierdzić, że do trzeciej płyty Arctic Monkeys podchodziłem ponad 10 razy i z reguły odpadałem po kilku utworach. Raz przesłuchałem w skupieniu całość ale nie powiem żebym się specjalnie podniecił nowymi kawałkami.

Coś z tym albumem jest nie tak, czegoś zabrakło, coś w między czasie odeszło w siną dal. Kiedyś, na "Favorite Worst Nightmare" czy na debiutanckiej "Whatever people say.." panowie rzeczywiście potrafili dać czadu, zakręcić publiką tak, że wsiąknęła aż po same uszy. Na nowym albumie Arctic Monkeys stracili nieco impetu. Po pierwsze: wybyli nagrywać do stanów (tę zmianę ‘klimatu’ trochę słychać), po drugie zaczęli współpracować z nowymi, amerykańskimi producentami i w ten sposób całkowicie odmienili swoje brzmienie fundując rozwlekłe, garage’owe partie stanowiące mękę dla ucha, szczególnie w sytuacji kiedy spodziewałem się czegoś innego, bardziej podobnego do wcześniejszych albumów. Krótko - na "Humbug" impetu brak, czasem pojawiają się jakieś przebłyski dawnej formy w postaci singlowego "Crying Lightning" oraz jeszcze dwóch utworów: "Secret Doors" i "The Jeweller's Hands" ale ogólny stan rzeczy jest marny. Trudno się czegoś zaczepić, trudno o jakiś haczyk, ideę ciągnącą mnie przez kolejne utwory, trudno także o wysoką notę… Może to wszystko jest ambitne ale chyba nie dla mnie;-)

Arctic Monkeys wywrócili swoja muzykę do góry nogami co w moim przekonaniu nie wyszło im na dobre. Skończył się alternative rock, a z popiołów powstał garage, psychodelia i rock przypominający to ‘coś’ zwykle grane tuż przed zamknięciem zadymionego baru. Spodziewałem się kolejnej ‘bomby’, dostałem petardę, taką Pikolo, za 10 groszy.

niedziela, 06 września 2009
Nie byłem na Radiohead…

Radiohead Poznan Im dłużej myślę o tym koncercie, tym jest mi coraz bardziej żal, że w Poznaniu nie byłem. W sumie mogłem sobie sam pojechać ale wiadomo – z Anką raźniej, a ta jakoś tak specjalnie za Radiohead nigdy nie przepadała. Ja również trochę ten występ zbagatelizowałem i naprawdę szkoda zrobiło mi się dopiero ‘za pięć dwunasta’. Naprawdę byłem zdenerwowany (‘zdenerwowany’ to mało powiedziane) kiedy zobaczyłem prawie idealną tracklistę (zabrakło jedynie "Where I End and You Begin" i "True Love Waits"), która zawierała ich największe przeboje w tym przepiękne "Idioteque" i "Everything In It’s Right Place".

Przyznam, ze jest mi trochę głupio pisać o koncercie, którego nie widziałem i nie przeżyłem. Moja wiedza praktyczna jak i teoretyczna opiera się jedynie na dobrej jakości bootlegu, wielu filmach na YouTube oraz wrażeniach osób piszących na Blipie. Jakby nie patrzeć oglądanie na YouTube znacząco różni się od przeżywania widowiska pod sceną, widoku zespołu a także całej otoczki (światła, wizualizacje, wystrój etc.) towarzyszącej tego typu imprezom.

Skoro mowa o otoczce, warto wspomnieć (choćby dla świętego spokoju), że Radiohead wystąpili w Polsce po raz drugi. Po raz pierwszy zagrali w Sopocie w 1994 roku czyli wtedy, kiedy nie byli w ogóle popularni i cieszyli się, ze ktoś z dziennikarzy w ogóle z nimi rozmawia;-) Dzisiaj Radiohead to bez wątpienia wielka gwiazda, która szafuje koncertami (w tym roku zagrali w Europie zaledwie pięć) co z pewnością wpływa na prestiż każdego z nich i zdecydowanie nie sprzyja tworzeniu ‘klonów’ jednego widowiska. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi ci, którzy byli w tym roku w Pradze usłyszeli zupełnie inną tracklistę niż uczestnicy koncertu w Poznaniu wyróżnieni przez zespół utworem "Creep" (zagranym po raz ostatni jakieś 3 lata temu).

Ekologia dzięki, której udało się ściągnąć Radiohead do Poznania (wystąpili przecież w ramach festiwalu Poznań dla Ziem) to jeden z pomysłów, który zespół stara się sprzedać przy okazji koncertu w danym miejscu. W ten sposób Radiohead dbają o emisję CO2 do atmosfery (po koncertach dostają odpowiedni raport), wysyłają sprzęt statkami a sami przyjeżdżają na koncerty samochodami… z napędem hybrydowym;-) Dla mnie jest to trochę dziwne, tym bardziej, że różnego typu efekty wizualne (lampy, diody, lasery itd.) jak i nagłośnienie zużywa potężne ilości energii, która z kosmosu do nas nie przybywa, a raczej pochodzi z głównie węgla;-)

Radiohead od lat lubią różnego rodzaju ‘fanaberie’, dzięki którym zjednali sobie wielu fanów. Za darmo udostępnili w sieci słuchaczom swoją ostatnią płytę "In Rainbows", w czasach kiedy nikt tego nie robił. Ostatnio w podobny sposób potraktowali swoje najnowsze nagranie – "These Are My Twisted Words" co daje im potężny oręż kiedy stają w obronie wszystkich oskarżanych o piractwo, tak więc myślę, że nic złego autorowi bootlega jak i twórcom nieoficjalnego dvd nie grozi;-)

Przyznam, że od lat Radiohead imponują mi stylem pozbawionym pewnego rodzaju gwiazdorstwa, pozerstwa czy też nonszalancji. Żaden z nich nie musi adoptować setki dzieci, robić sobie nagich sesji, bywać na bankietach czy na czołówkach gazet. Ich popularność bierze się przede wszystkim ze wspaniałej muzyki, która dzięki wydawaniu ciągle nowych płyt i utworów stała się swego rodzaju legendą, która chcą poznawać coraz to młodsi słuchacze na całym świecie (spójrzcie na ranking Last.fm).

Na koniec jeszcze jedno! Jestem przekonany, że nie był to ostatni koncert Radiohead! Myślę, że wrócą za parę lat do Polski aby zagrać dla jeszcze większej grupy ich fanów;-)

01:21, pan-audytor , Festiwale
Link Komentarze (1) »
środa, 02 września 2009
Vampire Weekend - "Vampire Weekend"

Vampire WeekendMoja koleżanka Paulina ostatnio przystąpiła do spowiedzi co w pewnym sensie zainspirowało mnie do napisania tego wpisu.  Ja też muszę się ‘wyspowiadać’ publicznie przed Wami z niedbalstwa i wiecznej prokrastynacji... Do rzeczy:

O Vampire Weekend powinienem był napisać jeszcze w lutym, powinienem był napisać w maju (nawet coś sobie szkicowałem na ten temat w kajecie) a piszę… we wrześniu. Cały ja…

Była skrucha a teraz pora na kilka słów o zespole.

Jak  wieść niesie Vampire Weekend pochodzą z Nowego Jorku, co w przypadku zespołu związanego z indie, jest rzeczą co najmniej ciekawą. Także w Nowym Jorku, na Brooklynie powstała ich pierwsza płyta pod bardzo ambitnym tytułem - "Vampire Weekend". Na publikację załamach tego bloga musiała czekać 1,5 roku co jest pewnego rodzaj rekordem. Kolejny album, na razie bez tytułu jest w stadium nagrywania i mam nadzieję, że ów proces nie skończy się tak jak w przypadku panów z Klaxons, którzy sami już nie wiedzą kiedy mają wydać swoją drugą płytę;-D

Teraz pora na szczere wyznanie (ale już nie grzechów)

Lubie płyty, które grają w mojej głowie od A do Z. Lube też płyty, które nie mają ‘czarnych dziur’ spowodowanych brakiem pomysłu na swoją twórczość. Lubię płyty, które coś odkrywają, pokazują światu, że można grać indie zupełnie inaczej. Wampire Weekend spełniają te trzy warunki, bawią słuchacza smyczkami, synkopowanymi rytmami a przede wszystkim luźnym klimatem utworów, bez piany z ust i bez zbędnej pompy. Ich płyta to taka mała odskocznia od serii gitarowych brzmień, która powoli zaczyna zalewać także i nasz piękny kraj.

A teraz pora na mocne postanowienie poprawy

Wampire Weekend i ich płyta pod tym samym tytułem została odhaczona. Gdybym pisał to latem – poleciłbym ją wam na letnie wieczory ale ta pora jest już przeszłością. Teraz już mi lżej ale nadal mam na sumieniu jedno, równie wielkie przewinienie – koncert Radiohead, o którym nadal nic nie napisałem choć nie musiałem – bo nie byłem (strasznie żałuję)…  Ale chyba napiszę i opublikuję… w weekend!;-)

Coś bardzo poetycko mi dzisiaj wyszło^^