statystyka
Katalog Dobrych Stron DI
poniedziałek, 23 marca 2009
Beirut – "March of the Zapotec/Holland"

BeirutPo ubiegłorocznych problemach ze skompletowaniem orkiestry (przez które doszło odwołania występu na Open’erze) Beirut powrócił we wspaniałym stylu serwując nam dwie bardzo zróżnicowane EPki nagrane we współpracy z jedną z meksykańskich orkiestr pogrzebowych.  

Nie ulega wątpliwości, że Beirut to jeden z najbardziej intrygujących zespołów ostatnich lat! Jego płyty to porcja wyrafinowanych brzmień pełnych ekspresji oraz odwołań do muzyki bałkańskiej, hiszpańskiej czy włoskiej. "March of The Zapotec" jest kontynuacją wyśmienitej passy, która wprowadziła Zacha Condona w arkany wielkiej muzycznej sławy. Tych sześć utworów to esencja ogromnych możliwości zespołu a jednocześnie pokaz utworów tradycyjnie harmonicznych, rytmicznych, niemal monstrualnych. Zach Condon pozwala wsłuchać się w muzykę, tworzy rozbudowane intra momentami jednoznacznie kojarzące się z Meksykiem spychając swój wokal na nieco dalszy plan. Chyba na tym polega jego wielkość i podejrzewam, że każdy za takim specyficznym klimatem Beirutu tęsknił a ta część nowego wydawnictwa w pełni powinna wszystkich usatysfakcjonować;-)

Druga EPka, wydana pod szyldem Real People jest zwrotem w kierunku muzyki elektronicznej, która w wykonaniu Zacha Condona wygląda bardzo obiecująco aczkolwiek jej spora część oparta na syntezatorowych brzmieniach aż tak nie zachwyca. Jest rzeczą jasną, ze Beirut aka Real People nigdy nie będzie prawdziwym wymiataczem klubowych parkietów a muzyka elektroniczna w jego wykonaniu jest raczej przeznaczona do słuchania w fotelu. Jednak na EPce "Holland" znajdziemy prawdziwą perełkę - "The Concubine", która jest świetnym połączeniem klasycznego, dobrze znanego Beirutu z nowym, elektronicznym stylem.

Beirut to jeden z moich muzycznych ulubieńców a jego płyty traktuję jak jedną, wielką przygodę z brzmieniami zapomnianymi ale niezwykle frapującymi. Nowe wydawnictwo choć bardzo zróżnicowane trzyma poziom a EPkę "Holland" trzeba traktować jako muzyczny wybryk, który Zachowi należy wybaczyć.

sobota, 21 marca 2009
Heineken Open'er Festival 2009 - Lily Allen, White Lies oraz Santigold
2
Jak co tydzień, w ostatni czwartek poznaliśmy kolejna porcje artystów tegorocznego Open'era. Myślałem, że limit wielkoformatowych gwiazd został już wyczerpany ale jednak bardzo pozytywnie się myliłem;-D
Lily Allen - tej postaci chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jedna z najpopularniejszych gwiazd ostatnich kilku lat, wydająca bardzo przyzwoite płyty ale to także jedna z ulubienic Pudelka&spółki;-) Lily zobaczymy w Niedzielę, 5 lipca na Scenie Głównej;-D
White Lies - chyba najgłośniejszy debiut ostatnich miesięcy, ulubieńcy brytyjskiej krytyki, BBC Radio1 oraz organizatorów letnich festiwali. Choć nieco depresyjni to wydają się być bardzo utalentowani i mam nadzieje, że to całe zamieszanie, popularność im nie zaszkodzi;-D Ich występ zaplanowano na Sobotę, 4 lipca w namiocie. 
Santigold - jeszcze 3-4 tygodnie temu zwała się Santogold, pod tym pseudonimem wydała pierwszą płytę ale zmieniła pseudonim i od tej pory jest znana jako Santigold. Jest czego posłuchać;-D Santogold wystąpi w Niedzielę, 5 lipca na Scenie World.
Nastepne spotkanie z Mikołajem Ziółkowskim zaplanowano dopiero na czwartek, 2 kwietnia;-)
 
13:48, pan-audytor , Festiwale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 marca 2009
Heineken Open'er Festival - dwa zespoły potwierdzone!
Opener big
Ogłaszania kolejnych gwiazd ciąg dalszy. Dzisiaj Mikołaj Ziółkowski pojawaił się nieco wczesniej, a w zasadzie godzinę wcześniej bo po 19:00:-) Na 20:00 w Trójce był zaplanowany koncert ze Studia im. Anieszki Osieckiej i stąd ta mała kombinacja.
 
Dzisiaj poznaliśmy dwa zespoły anonsowane jako 'zespoły zza wielkiej i jeszcze większej wody' a są nimi:
Thievery Corporation - to przedstawiciel zza wielkiej wody, a dokładnie z Waszyngtonu. Przyznam, że nie jestem ich wielkim miłośnikiem (słuchałem do tej pory tylko jedną z pięciu płyt) ale to co grają jest bardzo przyjemne dla ucha. Wystąpią w piątek, 3 lipca 2009 roku a ich koncert jest wg Mikołaja Ziółkowskiego jest przedsięwzięciem bardzo mocno rozbudowanym obejmującym aż 15 osób. Hmm... ciekawe;-)
Pendulum - czyli kumple The Prodigy grający w lekko podobnym stylu. Zespół wystąpi w sobotę 4 lipca 2009 na scenie głównej;-)  
19:48, pan-audytor , Festiwale
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 marca 2009
Drivealone - "Thirty Heart Attacks A Day"

DrivealoneWszyscy, którzy czytują moje ostatnie recenzje mogą wpaść w lekkie zdziwienie bo prawie każda z nich to były mniej lub bardziej wyrafinowane hymny pochwalne na cześć danego wykonawcy. Na szczęście (lub nieszczęście) dzisiaj będzie nieco smutniej i zdecydowanie bardziej krytycznie z powodu albumu formacji Drivealone, którego nie rozumiem i naprawdę długo się męczyłem żeby go przesłuchać w całości.

Drivealone to projekt tworzony przez Piotra Maciejewskiego, byłego członka zespołu Muchy, który ma na swoim koncie już trzy, mniej znane, nieoficjalne wydawnictwa. "Thirty Heart Attacks A Day" w założeniu miała być płytą nowatorską, eklektyczną, można powiedzieć innowacyjną a jest porcją muzyki nudnej a momentami sprawiającej wrażenie tworzonej bez ładu i składu. Faktycznie może był jakiś zarys artystyczny i rzeczywiście podobnych płyt nie ma na rynku ale jakoś to mnie nie przekonuje. Cenię sobie wydawnictwa smutne czy też trudne jak na przykład ostatnie dzieło Portishead ale tamta płyta miała jakiś wyraz, budowała nastrój a "Thirty Heart Attacks A Day" to nudne granie na gitarze elektrycznej połączone ze smętnym i niewyraźnym wokalem. I tutaj moim zdaniem tkwi problem. "Thirty Heart Attacks A Day" to zdecydowany brak wyrazistych melodii czy charakterystycznych brzmień, które zapadają w pamięć i nie pozwalają się oderwać. Można śmiało powiedzieć, że jest odwrotnie i z tą nieszczęsną płytą czas płynie co najmniej dwa razy dłużej a z każdym utworem jestem bardziej utwierdzony w przekonaniu iż jest nudniej niż było na początku. Niestety kiedy słuchałem płyty po raz pierwszy miałem wrażenie jakby wszystko zlewało się w jeden, kilkudziesięciominutowy bełkot bez większych uniesień… Tak według mnie nie powinna wyglądać płyta nowatorska 'made in Poland'.

Happysad śpiewa "A miło być tak pięknie..." i rzeczywiście miało lecz tak nie jest. Fajnie się ziewało i na tym przygodę z Drivealone pragnę zakończyć. Naprawdę dziwię się tym wszystkim dziennikarzom muzycznym, którzy tą płytę tak wychwalają ale chyba tylko oni mają stalowe nerwy i ogromne pokłady cierpliwości do tego płyciwa.

niedziela, 08 marca 2009
Heineken Open'er Festival 2009 - kolejna trójka potwierdzona!

Opener 2009Ten wpis miał powstać w piątek... Ta wpis miał powstać w sobotę aż w końcu powstał w niedzielne popołudnie... To wielkie opóźnienie zawdzięczam schorzeniu grypopodobnemu, które atakuje mój organizm i nie pozwala się na niczym skupić. Mam tylko nadzieję, że najgorsze już za mną;-D

To tyle tytułem wstępu a teraz do sedna;-P W czwartkowy wieczór poznaliśmy kolejną trójkę artystów goszczących na Heineken Open'er Festival 2009 a są nimi:

Emiliana Torrini - i tutaj musze się przyznać do swojej niewiedzy bo o Emilianie dowiedziałem się w czwartek od Mikołaja Ziółkowskiego;-D Wiem, że Emiliana Torrini pochodzi z Islandii, ma niezły głos ale czy coś wydała lub gdzieś zagrała tego niestety już nie wiem:-P Emiliana znana jest z wykonania Pieśni Golluma z Władcy Pierścieni - wideo poniżej.

Fat Freddy's Drop - jako że scena reggae jest dla mnie trochę bardziej odległa dlatego o Fat Freddy's Drop również nic nie wiem;-D Cóż, wychodzę na idiotę prowadzącego muzycznego bloga ale nie mam zamiaru ściemniać przed Wami i kopiować tekstów wprost z Wikipedii;-P

The Prodigy - w ubiegłym roku gościli nas Coke Live Music Festival (także organizowanym przez Alter Art) a w tym roku wystąpią na Openerze. The Prodigy osiągnęli niemal wszystko i juz teraz są żywą legendą muzyki elektronicznej. Ich obecność na Openerze zaraz po wydaniu nowego, świetnie sprzedającego się albumu to prawdziwy strzał w 10-tke ze strony Alter Artu;-)
W czwartek poznamy kolejną porcję artystów ale ich liczba pozostaje tajemnicą:-P
16:01, pan-audytor , Festiwale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2009
Franz Ferdinand – "Tonight: Franz Ferdinand"

Franz FerdinandFranz Ferdinand zawdzięczają swoją popularność w Polsce głównie obecnością na Heneken Open’er Festival 2006. Kilka tygodni przed owym festiwalem Trójka prezentowała headlinerowców a Heineken wydał reklamę z podkładem Alexa Kapranosa i spółki. Podejrzewam, że każdy kto w tamtym czasie słuchał Trójki zna na pamięć Take Me Out czy This Fire a niektórzy doskonale pamiętają "Franz Ferdinand" czyli huczny debiut angielskiej grupy;-)

Dzisiaj, po blisko trzech latach od wydania ostatniej płyty, Franz Ferdinand wychodzą z cienia i mętów przeszłości aby zaprezentować swoje nowe, trzecie dzieło. Poprzednie dwie płyty, a szczególnie debiut to pokaz bardzo efektownej gry na gitarze elektrycznej, który wraz z biegiem czasu stała się ich znakiem rozpoznawczym i ważnym elementem na drodze ich międzynarodowej kariery.

Na nowym albumie nie mogło zabraknąć wyrazistej perkusji, gitary i tekstów o dziewczynach. To przecież podstawa;-P "Tonight" to klasyczne połączenie starego, gitarowego brzmienia z nowym elementem, którego wcześniej było wręcz na lekarstwo. Mianowicie chodzi o elektronikę, którą członkowie zespołu umiejętnie wpletli w każdy utwór. Elektronika prezentowana przez Franz Ferdinand upiększa a nawet wieńczy sporą część piosenek. Idealnym przykładem obrazującym romans Franz Ferdinand ze skocznymi, klubowymi rytmami jest ponad 7-minutowy "Lucid Dream" grający przez ponad trzy minuty jak zwykłe Franz Ferdinand po to, żeby się przerodzić w iście dyskotekowy kawałek z głośnym, 'justicowym' samplem wzmacnianym tępym rytmem. Można śmiało powiedzieć, że tego typu sztuczki po raz pierwszy goszczące aż na "Tonight" są powiewem świeżości i nowym zwrotem w ich twórczości.

Panowie mimo upływu lat (wokalista to już 40-latek!) najwyraźniej nie chcą robić z siebie dziadków w balladowej formalinie a prawdziwych królów parkietu. Wystarczy posłuchać choćby pierwszych trzech nagrań na ich najnowszej płycie aby się o tym przekonać i po prostu się uśmiechnąć;-) Szkoda tylko, że karnawał już się skończył.

niedziela, 01 marca 2009
Fleet Foxes - "Fleet Foxes"

Fleet foxesIstnieją takie płyty, które docierają do Polski a w tym także do mnie stosunkowo późno ale myślę, że warto o nich napisać;-) Taką płytą jest obsypane wszelakimi wyróżnieniami wydawnictwo amerykańskiego zespołu Fleet Foxes pod tym samym tytułem. W Wielkiej Brytanii płyta ukazała się na poczatku czerwca, w Polsce - jak na tego typu płyty przystało - w połowie lutego czyli stosunkowo niedawno;-D

W ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych panuje moda na niekonwencjonalne brzmienia. Na dobre zaczęło się od Beirutu, który udowodnił, że można grać za oceanem to co bardzo mocno przypomina bałkańskie melodie. Później był egzaltowany Anthony and the Johnsons, za którego muzyką za bardzo nie przepadam a w czerwcu pojawili się i bardzo mocno 'namącili' Fleet Foxes czyli reprezentanci indie folku oraz indie rocka.

Ten młody, amerykański zespół zabrał nas na wycieczkę w daleką przeszłość, do brzmień prostych, można powiedzieć nieco prymitywnych ale przy tym niezwykle przyjemnych;-) Każdy z tych jedenastu utworów to wysublimowana, akustyczna historia trochę uboga w muzykę ale niezwykle klimatyczna a nawet bardzo podniosła co jest szczególnie widoczne w "White Winter Hymnal". Prostota w przypadku "Fleet Foxes" stanowi prawdziwy atut płyty a połączona z głównym filarem, czyli głosem Robin Pecknolda składa się na bardzo frapujące dzieło.

W pisaniu o Fleet Foxes jest jeden, mały haczyk a nawet łyżeczka dziegciu. Bardzo interesuje mnie ich występ 'live' przed szeroką publicznością. Niemal każdy z utworów ma jakiś fragment wyśpiewywany przez wokalistę a capella lub obszerniejsze części śpiewane z minimalnym podkładem. W studiu taśma/dysk potrafią przyjąć wszystko aż do nagrania najlepszej wersji, na koncercie fałszowanie (o które w przypadku tej płyty bardzo łatwo) może się skończyć wygwizdaniem. Wszystko zależy od realnych możliwości wokalisty bo Mandaryna też czysto śpiewała na płycie a w Sopocie tak gdzieś jakoś jej nie wyszło;-P

Fleet Foxes to nie płyta - eksperyment ale poukładane, ambitne, cieszące ucho wydawnictwo dla wymagającego odbiorcy. Trudno jest znaleźć dobrą płytę łączącą szczyptę dość popularnego indie rocka z niszowym folkiem, nie tracącą na swojej wartości i nie staczają się w sferę kiczu i miernoty. Fleet Foxes prostotą brzmienia zdobyli moje serce i zapewne będę do ich płyty często powracał;-)

piątek, 27 lutego 2009
Heineken Open'er Festival 2009 - ARCTIC MONKEYS!

 

Opener big

 

Ostatnio mam problem z wrzucaniem na bieżąco (tzn. godzinę-dwie po "Programie Alternatywnym") tego co 'przepowiada' Mikołaj Ziółkówski za co wszystkich zapalonych festiwalowiczów przepraszam;-)

W tym, jak i w ubiegłym tygodniu zostałem rzucony na łopatki przez Alter Art. Na początku byli The Kooks a teraz...

Arctic Monkeys - czyli kolejny z listy mich ulubionych zespołów, którego płyt słucham z ogromną radością. Nie ulega wątpliwości, ze Arctic Monkeys to jedna z najbardziej utalentowanych kapel ostatnich lat. W tym roku ukarze się ich długo oczekiwana, trzecia płyta długogrająca. Poprzednie dwie uczyniły z nich prawdziwych wymiataczy na rynku muzycznym. Do tego dochodzą fantastyczne single i klipy nakręcone z pomysłem. Jeżeli chodzi o ich koncerty to rzecz jasna widziałem wiele obszernych fragmentów na You Tube oraz jedyny, oficjalnie wydany na DVD czyli "Live at Apollo". Słowem: DYM!;-D

 
W kolejny czwartek poznamy kolejną trójkę artystów Heineken Open'er Festival 2009.
20:24, pan-audytor , Festiwale
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 lutego 2009
Julia Marcell – "It Might Like You"

It Might Like YouJulia Marcell to jedna z niewielu wybitnie utalentowanych polskich artystek, która zdecydowała się na realne tworzenie i wydawanie poza granicami naszego kraju. W tym celu zamieniła nazwisko z Górniewicz na Marcell aby lepiej wyglądało w ‘lingłidżu’ za co wielu ja krytykowało z niewiadomych mi (oczywiście racjonalnych) powodów. Oprócz tego zebrała 50 tysięcy dolarów na Sellaband.com co umożliwiło jej naganie pierwszej płyty. W ten sposób, ponad pół roku temu została wydana jej pierwsza płyta "It might like you". Wcześniej, w 2007 roku światło dzienne ujrzała jej pierwsza EPka "Storm", ktorą zadebiutowała na rynku muzycznym.

Trudno się dziwić, że artystka prawie nie została w Polsce zauważona. Nie zawiodła Trójka PR emitując z nią krótki z nią wywiad oraz, co ciekawe, TVN24, która zrealizowała reportaż na jej temat. "It Might Like You" to bardzo kameralne, melodyjne utwory nie za bardzo pasujące do gustów i guścików polskiej publiczności ostatnio kochającej się w szeroko pojętej alternatywie opartej głównie na gitarze i perkusji. Julia Marcel nagrywała płytę z czteroosobowym kwartetem, którego obecność w postaci m. in. skrzypiec i wiolonczeli jest wyraźnie widoczna. Całość, skomponowana głównie przez samą Julię wygląda bardzo obiecująco, choć początek płyty (czyli 3 pierwsze utwory) jest trochę toporny, pełny zawieszeń głosu, rwanego rytmu i muzyki.

Najlepsze na płycie zaczyna się od "Married To Live" czyli dość żywej ballady. Po kilkukrotnym wysłuchaniu całości odnoszę wrażenie iż Julia znacznie lepiej brzmi w utworach szybkich, dynamicznych, zmiennych niż w snujących się balladach gdzie główną role gra jej piękny wokal. Dzięki połączeniu brzmienia pianina i reszty 'orkiestry' powstały prawdziwe perełki takie jak rytmiczny "Side effects Of Growing Up", "Billy Eliot" oraz mój faworyt "Night Of The Living Dead". To właśnie pianino/fortepian jest największym atutem i siłą "It Might Like You". Te w większości nieskomplikowane fortepianowe melodie nadają tempo i stanowią rzeczywistą podstawę każdej piosenki oraz nadają klimat całości.

Julia Marcell idzie swoją drogą nie oglądając się na rodzimy rynek, na którym z góry została skazana na porażkę. Ważne, że jej talent jest dostrzegany za granicą gdzie może liczyć na znacznie więcej niż w kraju. Przed Julią jeszcze daleka droga do osiągnięcia wielkiego sukcesu na arenie międzynarodowej ale ta płyta, mimo wad, jest spełnieniem oczekiwań i świetnym początkiem muzycznej kariery.

piątek, 20 lutego 2009
Heineken Open'er Festival - The Kooks i Moby!

 

opener_big

Trochę spóźnione ale jest! Kolejni, ważni wykonawcy Openera zostali objawieni publiczności wczoraj podczas drugiej godziny "Programu Alternatywnego";-) Tym razem spodziewałem się już nazw znacznie mniejszego kalibru a tu ogromna niespodzianka!

The Kooks - Mikolaj Ziółkowski mówił o nich tak spokojnie, bez egzaltacji jakby byli jakimś podrzędnym zespołem w stylu Speed Caravan, którego prawie nikt nie widział ani nie słyszał. Prawda jest taka, że The Kooks to jedna z najbardziej oczekiwanych gwiazd tegorocznego Openera a wnioskuję to po licznych dyskusjach na portalach i forach muzycznych. Dla mnie The Kooks to pierwszy headlinerowiec z krwi i kości, który wzbudził u mnie ogromną fale radości. Reszta (a mam na myśli Placebo i KoL) to nie są moje muzyczne 'strzały w 10' aczkolwiek bardzo dobrze, że na Openerze się pojawią;-D A wracając do The Kooks to ich koncert odbędzie się na scenie głównej, w sobote, 4 lipca;-)

 
Moby - jedna z największych i najbardziej znanych gwiazd muzyki elektronicznej i klubowej. Moby lubi eksperymentować, łączyć style oraz bawić się dźwiękami i zapewne dlatego jego muzyka jest tak różnorodna. Ceni go także branża reklamowa czerpiąc każdej z jego płyt (a jest ich 8) ścieżki dźwiękowe do spotów rekamowych. W dużej mierze dzięki tym kolaboracjom (m. in. z Renault) Moby zdobył sławę i poklask w oczach zwykłego, nie zainteresowanego muzyką zjadacza chleba;-D 
 
W nastepny czwartek Mikołaj Ziółkowski ogłosi jakiegoś super-hiper-bombowego wykonawce, który podobno poruszy każdego;-D Mam nadzieję, ze to nie bujda;-P
23:41, pan-audytor , Festiwale
Link Komentarze (3) »