statystyka
Katalog Dobrych Stron DI
sobota, 10 lipca 2010
Kumka Olik - "Podobno Nie Ma Już Francji"

Kumka OlikUbiegłoroczna płyta nie zachwycała. Młodzi panowie co prawda osiągnęli sukces, zagrali na Offie, na Open’erze ale więcej było negatywnych komentarzy niż pozytywnych recenzji zarówno płyty jak i tych koncertów (a przynajmniej ja na takowe w większości negatywne trafiłem).

W tym roku powrócili z nowym albumem, do którego podchodziłem z zasłużonym dystansem. Ok, nie jest to album, który ‘wchodzi’ od pierwszych dźwięków. Nie jest to też album, który zachwyca po drugim przesłuchaniu ale na jego szczęście ilość przesłuchań wpływa na lepsze zdanie o nim:-) I tak oto z mojego dystansu wyszedł prawie pełen zachwyt, któremu sam się dziwię;P

Kumka Olik zaskoczyli mnie pewną lekkością, która tego lata, podczas tych upałów zdecydowanie się przyda. Mam wrażenie, że panowie wyrośli z ubranka młodych talentów i teraz rzekomy, domyślny talent przekładają na rzeczywiste, wyśmienite produkcje, pełne odwołań. A to do przeszłości (cytat "Podobno nie ma już Francji" to fragment tekstu jednego z utworów z lat 80tych), do elektroniki (intro do "Niepoprawnie kolorowych snów") czy kpiny z ukochanego w niektórych kręgach , nieco przereklamowanego indie – z moim ulubionym tekstem: „Pokaż mi drogę do Indii | Powiedz jak można tam dojść”:-D

Wniosek? Warto dać niektórym zespołom drugą szansę;-)

Szukaliście płyty na lato? Macie jedną z nich!;-) Enjoy!

PS. Dzięki Aniu za smsową inspirację:D

sobota, 26 września 2009
Jack Peñate – "Everything Is New"

Jack Penate - Everything Is NewDwa lata temu Jack Peñate ujął wszystkich (no… prawie wszystkich, ale mnie na pewno) luźnymi, skocznymi, indie-popowymi piosenkami. W tym roku powrócił z płytą, która rzeczywiście jest zupełnie inna muzycznie niż poprzednia (stąd wymowny tytuł), a do tego bardzo oryginalna i pomysłowa. Chyba już wiecie dlaczego od kilku tygodni rządzi moją playlistą;-)

Przyznam bez bicia, że "Everything Is New" przeleżała swoje i zupełnym przypadkiem zebrałem się żeby ją dokładnie  przesłuchać. Teraz wiem , że głupio zrobiłem i że było warto w końcu po nią sięgnąć;-) Gitarowe, skoczne brzmienie Jack zamienił na gitarę grającą przyjemne, wyciszone melodie, budujące nastrój i niewątpliwie wyzwalające emocje. Do tego proste rytmy perkusji wyróżniające się jedynie w pojedynczej partii "So Near" oraz zalatujące starym winylem modyfikacje wokalu w chilloutowym "Body Down". Całość nie jest ani przesadnie wesoła, ani specjalnie smutna czy też dołująca. Jack Peñate znalazł pewien złoty środek pomiędzy genialnym feelingiem a ambitnymi, złożonymi konstrukcjami utworów przez co te nieco ponad trzydzieści minut całości słucha się tak jak jednej, pięknej piosenki.

Cóż tu więcej dodać? Po prostu jestem pod wielkim wrażeniem talentu Jacka Peñate!:-) Zatem słuchajmy "Everything is New" i cieszmy się pięknym babim latem w tym roku!;-)

PS. Jack nauczył wszystkich, że ma na nazwisko Peñate (czyt.: ‘penjate’ ) a nie jak dawniej Penate (czytaj: ‘Pinejt’). To tak gwoli ścisłości;-D

sobota, 12 września 2009
Arctic Monkeys – "Humbug"

Arctic Monkeys - HumbugZacznijmy od tego, że od początku (tj. od publikacji pierwszych materiałów promocyjnych) myślałem, że ta płyta będzie się nazywała… Hamburg. Później skorygowałem swoje myślenie na.. Hambug aż w końcu (po wnikliwej  lekturze "Elementarza" Falskiego) uświadomiłem sobie że chodzi o "Humbug";-)

Pomijając mój wtórny analfabetyzm, lichą znajomość liter i znaków (co to jest w ogóle?) z przykrością musze stwierdzić, że do trzeciej płyty Arctic Monkeys podchodziłem ponad 10 razy i z reguły odpadałem po kilku utworach. Raz przesłuchałem w skupieniu całość ale nie powiem żebym się specjalnie podniecił nowymi kawałkami.

Coś z tym albumem jest nie tak, czegoś zabrakło, coś w między czasie odeszło w siną dal. Kiedyś, na "Favorite Worst Nightmare" czy na debiutanckiej "Whatever people say.." panowie rzeczywiście potrafili dać czadu, zakręcić publiką tak, że wsiąknęła aż po same uszy. Na nowym albumie Arctic Monkeys stracili nieco impetu. Po pierwsze: wybyli nagrywać do stanów (tę zmianę ‘klimatu’ trochę słychać), po drugie zaczęli współpracować z nowymi, amerykańskimi producentami i w ten sposób całkowicie odmienili swoje brzmienie fundując rozwlekłe, garage’owe partie stanowiące mękę dla ucha, szczególnie w sytuacji kiedy spodziewałem się czegoś innego, bardziej podobnego do wcześniejszych albumów. Krótko - na "Humbug" impetu brak, czasem pojawiają się jakieś przebłyski dawnej formy w postaci singlowego "Crying Lightning" oraz jeszcze dwóch utworów: "Secret Doors" i "The Jeweller's Hands" ale ogólny stan rzeczy jest marny. Trudno się czegoś zaczepić, trudno o jakiś haczyk, ideę ciągnącą mnie przez kolejne utwory, trudno także o wysoką notę… Może to wszystko jest ambitne ale chyba nie dla mnie;-)

Arctic Monkeys wywrócili swoja muzykę do góry nogami co w moim przekonaniu nie wyszło im na dobre. Skończył się alternative rock, a z popiołów powstał garage, psychodelia i rock przypominający to ‘coś’ zwykle grane tuż przed zamknięciem zadymionego baru. Spodziewałem się kolejnej ‘bomby’, dostałem petardę, taką Pikolo, za 10 groszy.

środa, 02 września 2009
Vampire Weekend - "Vampire Weekend"

Vampire WeekendMoja koleżanka Paulina ostatnio przystąpiła do spowiedzi co w pewnym sensie zainspirowało mnie do napisania tego wpisu.  Ja też muszę się ‘wyspowiadać’ publicznie przed Wami z niedbalstwa i wiecznej prokrastynacji... Do rzeczy:

O Vampire Weekend powinienem był napisać jeszcze w lutym, powinienem był napisać w maju (nawet coś sobie szkicowałem na ten temat w kajecie) a piszę… we wrześniu. Cały ja…

Była skrucha a teraz pora na kilka słów o zespole.

Jak  wieść niesie Vampire Weekend pochodzą z Nowego Jorku, co w przypadku zespołu związanego z indie, jest rzeczą co najmniej ciekawą. Także w Nowym Jorku, na Brooklynie powstała ich pierwsza płyta pod bardzo ambitnym tytułem - "Vampire Weekend". Na publikację załamach tego bloga musiała czekać 1,5 roku co jest pewnego rodzaj rekordem. Kolejny album, na razie bez tytułu jest w stadium nagrywania i mam nadzieję, że ów proces nie skończy się tak jak w przypadku panów z Klaxons, którzy sami już nie wiedzą kiedy mają wydać swoją drugą płytę;-D

Teraz pora na szczere wyznanie (ale już nie grzechów)

Lubie płyty, które grają w mojej głowie od A do Z. Lube też płyty, które nie mają ‘czarnych dziur’ spowodowanych brakiem pomysłu na swoją twórczość. Lubię płyty, które coś odkrywają, pokazują światu, że można grać indie zupełnie inaczej. Wampire Weekend spełniają te trzy warunki, bawią słuchacza smyczkami, synkopowanymi rytmami a przede wszystkim luźnym klimatem utworów, bez piany z ust i bez zbędnej pompy. Ich płyta to taka mała odskocznia od serii gitarowych brzmień, która powoli zaczyna zalewać także i nasz piękny kraj.

A teraz pora na mocne postanowienie poprawy

Wampire Weekend i ich płyta pod tym samym tytułem została odhaczona. Gdybym pisał to latem – poleciłbym ją wam na letnie wieczory ale ta pora jest już przeszłością. Teraz już mi lżej ale nadal mam na sumieniu jedno, równie wielkie przewinienie – koncert Radiohead, o którym nadal nic nie napisałem choć nie musiałem – bo nie byłem (strasznie żałuję)…  Ale chyba napiszę i opublikuję… w weekend!;-)

Coś bardzo poetycko mi dzisiaj wyszło^^

sobota, 29 sierpnia 2009
Pati Yang - "Faith Hope and Fury"

Pati Yang - Faith Hope and FuryPati Yang to moje najgorsze skojarzenie koncertu tegorocznego Openera. Pati występowała wraz z mężem pod szyldem Flykkiller, który w ubiegłym roku bardzo mocno promowała. Tamta płyta była bardzo zróżnicowana, miała pewne wzloty ale także i spektakularne upadki. Upadkiem totalnym tego materiału był Openerowy koncert w zupełności nie trzymający się kupy, z którego wyszedłem po 15 minutach…

Po gorszych albumach (także tych pod zmienionym szyldem) przychodzą lepsze i trochę żałuję, że Pati Yang nie wystąpiła sama z bardziej rozbudowanym zespołem. Cztery płyty, w tym także ta niedawno wydana, to całkiem przyzwoity materiał na równie dobry koncert. Nowy album, o którym dziś mowa to powrót do mrocznych, klimatycznych brzmień przeplatanych rockiem ("Stories From Dogland"),  elektroniką, jazem uzupełnianym wspaniałym wokalem Pati. "Faith Hope and Fury" to także porcja wielu skojarzeń z innymi artystami. Mam wrażenie, że każdy z utworów zaczyna się podobnie jak kilka innych piosenek zupełnie innych wykonawców. Co ciekawe, nie mogę powiedzieć, że jest to plagiat gdyż owe podobieństwo jest bardzo iluzoryczne i po kilku-kilkunastu sekundach zanika odsłaniając oryginalne oblicze Pati.

W odróżnieniu od albumu nagranego razem z mężem, "Faith Hope and Fury" nie jest przepełniona różnymi dziwnymi dźwiękami, zgrzytami, wibracjami idealnie słyszalnymi jedynie poprzez słuchawki. Tym razem górę wzięła liryka, budowanie nastroju, inspiracje sceną rockową oraz jazzową i chyba dlatego płyta tak dobrze mi się kojarzy i zapada w pamięć. Polecam;-)

piątek, 31 lipca 2009
Placebo - "Battle for the Sun"

Battle for the sunWypoczywam ale wypoczynek nie oznacza jedynie leżenia na łóżku i śledzenia wartkiej akcji "Mody na sukces" tudzież kolejnej części fatalnych "Frajerów";-D Piękny lipiec to także nowe teksty, które tworze wcześniej, publikuję trochę później ze względu na brak dostępu do neta na wsi, w której obecnie przebywam;-)

Teraz błyskawicznie przechodzę do tematu^^

Placebo zagrali fantastyczny koncert na Openerze i aż szkoda nie wspomnieć o ich ostatniej płycie. Dla tych wszystkich, którzy na Openera się nie załapali przekaz jest prosty - zespół wystąpi w Polsce po raz drugi w tym roku (19 listopada – warszawska Stodoła) ale sądząc po cenie biletów (220, 110, 90) będzie to wydarzenie przeznaczone gównie dla prawdziwych fanów grupy.

Od ostatniej, głośnej płyty "Meds" minęły 3 lata. Przez ten czas doszło do kilku zmian. Odszedł perkusista, który został zastąpiony młodym, sympatycznym Stevem Forrestem, który jakby nie patrzeć rzeczywiście wniósł do zespołu wiele radości;-) Pojawiła się także filigranowa instrumentalistka (wywija melodyjki na skrzypcach elektrycznych i syntezatorze) a na koniec warto zwrócić uwagę na długie włosy Briana, które Szubrychtowi przypominają młodego hrabiego Dracule;-) Celne!;-D

Zmiany personalne raczej nie wpłynęły na brzmienie. Myślę, że teraz jest trochę bardziej melodyjnie ale to raczej zmiana kosmetyczna niż jakaś rewolucja. Nadal jest mocno, można powiedzieć , że rockowo ale pojawiają się też nastrojowe ballady co chyba jest już tradycją. Niektórzy sądzą, że Placebo za bardzo skręciło w stronę popu ale trzeba być umysłowo chorym żeby wierzyć w0 "For What Is Worth" w żółtej stacji radiowej;-D Placebo chyba na zawsze pozostanie zespołem w znacznej mierze alternatywnym, występującym na największych festiwalach europy.

wtorek, 02 czerwca 2009
Eliza Lumley – "She talks in maths"

eliza lumleyWszyscy, którzy przeczytali tytuł tej notki a są fanami pewnego zespołu z pewnością domyślają się, że dziś będzie o Elizie Lumley, która odważyła się nagrać płytę z coverami utworów… Radiohead(!) Z premedytacją napisałem w cudzysłowie 'odważyła się' ponieważ jest to jedyna znana mi próba nagrania materiału tego zespołu w odmienionej formie co wcale nie oznacza, że owa próba była próbą w pełni udaną.

Trzeba jasno powiedzieć, że Radiohead to już żyjąca legenda. Pięć osób na czele z Thomem Yorke przez lata istnienia tworzyło i tworzy muzykę łączącą w sobie psychodeliczny rock oraz elektronikę. Radiohead to także potężna rzesza fanów, którym płyta Elizy Lumley niekoniecznie może się podobać.

Już na samym początku przyznam, ze miałem poważny problem z odbiorem tego albumu. Niemal wszystkie utwory są tak spokojnie, tak chill-outowe, że wręcz cukierkowe. Niby wszystko na tym albumie jest w porządku; pojawiają się potężne partie fortepianu, perkusji, momentami słychać saksofon, skrzypce czyli to co nadaje tej płycie bardzo jazzowy klimat. Prawda jest taka, że niby dobrze się tego słucha a tak naprawdę czegoś w tym brakuje…

Z She talks in maths jest trochę tak jak ze sławną reklamą Żywca (sorki za krypciochę;-P). Są przecież inne piwa ale one, w myśl reklamy, są "PRAWIE jak Żywiec". Podobnie jest z Elizą Lumley, która jest 'PRAWIE' jak Radiohead ale z drugiej strony to 'PRAWIE' zdaje się być za bliskim słowem w porównaniu z jej osiągnięciem.  Wersje, które mamy na jej płycie zdecydowanie odbiegają od wersji zespołu. Niestety niektóre z tych piosenek, tak mocno ubogich muzycznie straciło swoją podstawową wartość, dynamikę i przekaz. Te utwory (a mam na myśli w szczególności "High and Dry", "No Suprises" oraz "Karma Police") zdecydowanie nie powinno się grać i śpiewać w tak mocno spowolniony i ugrzeczniony sposób.

Elizie Lumley jednak coś się udało! Śpiewając "Street Spirit" uwolniła klimat piosenki a przy wielkim "Creep" pokazała światu, że można ten przebój zaśpiewać zupełnie inaczej, nie gubiąc przy tym melodii, a nawet ją trochę umilić. Takie aranże oraz wkonanie to przykład porządnych umiejętności (Eliza to śpiewaczka klasyczna) i wielkiej odwagi artystki.

Myślę, że She Talks In Math z pewnością wzbudzi skrajne emocje od zachwytu aż po ciężkie słowa krytyki. Osobiście do tej pory mam problem z oceną tej płyty. Z jednej strony jest bardzo odkrywcza, zaś z drugiej niektóre aranże, sposób śpiewania, przeciąganie fraz jest po prostu nieznośne. Podejrzewam, że dla niektórych ten album może stanowić muzyczną profanację wielkich przebojów tak zacnego zespołu.

niedziela, 24 maja 2009
Crystal Castles – "Crystal Castles"

crystal castlesPamiętam jak ładnych parę lat temu u kolegi pykaliśmy w niezmordowanego Mario Brosa pokonującego coraz to nowsze plansze pełne wszelakiego niebezpiecznego ustrojstwa. Grało się na Atari czyli jednej z pierwszych konsoli, które zrewolucjonizowały rynek gier komputerowych. Gry na ówczesne konsole choć niezmiernie ubogie, posiadały jeden dość znikomy atut a mianowicie bardzo prymitywną, 8-bitową, nieco jazgoczącą muzykę do której sięgnęli i którą wyśmienicie odświeżyli gwiazdy tegorocznego Open’era - Crystal Castles.

Crystal Castles (nazwa także wzorowana na tytule gry na Atari) to dwuosobowy zespół, który w ubiegłym roku zadebiutował na rynku wzbudzając spore emocje, zbierając przy tym całkiem przyzwoite recenzje. Zaczęło się na publikacji w sieci (dokładnie na MySpace), a skończyło wydaniem wyśmienitej płyty.

Jest się czym zachwycać. Crystal Castles udało się połączenie dawnego, prymitywnego brzmienia z elementami modnego electro oraz trance’owego wokalu. Na płycie można znaleźć absolutnie wszystko. Od przeraźliwie głośnego, wręcz irytującego, punkowego "XXZXCUZX Me" przez zalatujący hip-hopowym beatem "Courtship Date" aż po spokojny, kończący płytę "Tell Me What To Swallow". Ten imponujący, zróżnicowany, ponad 50-minutowy zestaw dający momentami wrażenie totalnej improwizacji (wokal Alice to coś!) porywa do tańca i obudzi każdego! Już sobie wyobrażam co może się dziać na ich koncercie w lipcu, w Gdyni;-)

Crystal Castles udowodnili światu, że można nagrać płytę bardzo prostą pełną dawanych inspiracji. Ich album jest także dowodem potęgi elektroniki, która ostatnimi czasy przedostaje się do niemal każdej z wydawanych płyt. To dzięki elektronice można budować albumy zróżnicowane stylistycznie ale jednocześnie bardzo składne, oparte na podobnych dźwiękach, samplach. Gorąco polecam!

piątek, 08 maja 2009
"Jest dobrze... piosenki niedokończone" (Składanka)

piosenki niedokonczoneNie lubię składanek bo zwykle swoją budową przypominają groch z kapustą pozbawiony logicznego sensu. Jako, że ostatnio mamy prawdziwy wysyp różnego rodzaju składanek, w tym także świetnych soundtracków, to i na blogu musiało się w końcu coś znaleźć 'ku pokrzepieniu serc czytelników';-D Dzisiaj przyszła pora na piosenki zaśpiewane przez znanych polskich aktorów i piosenkarzy będące hołdem oddanym wielkim polskich artystom: Janowi Himilsbachowi i Zdzisławowi Maklakiewiczowi. Płyta choć momentami urzeka humorem, świetnymi aranżacjami i artystycznym polotem to jako całość nie powala i potwierdza moją początkową tezę.

"Jest dobrze..." to płyta bezpośrednio nawiązująca do lat PRLu inspirowana twórczością wyżej wymienionych polskich artystów. Może się wydawać, że te przewrotne i zabawne teksty zaśpiewane przez Maćka Maleńczuka, Jacka 'Budynia' Szymkiewicza czy obśmianego Andrzeja Grabowskiego są jednym wielkim żartem. Na szczęście tak nie jest i ta 'radosna' część płyty to prawdziwy atut tego wydawnictwa przeznaczony zarówno dla młodych jak i starych.

Niestety radość na płycie się kończy. Dwukrotnie pojawia się zacny Stanisław Sojka ale akurat jemu nic nie można zarzucić. Po razie (na szczęście!) pojawiją się Hanna Banaszak śpiewająca o mailach i smsach oraz mruczący i stękający Janusz Kłosiński. Ok., Ci ‘balladziarze’ mają swoje lata i należy im się pewien szacunek ale muzycznie pasują do reszty składanki jak kwiatek do korzucha. Do tego totalnie irytuje mnie playlista zbudowana bez podziału na 'strefę' wolniejszą i szybszą co naprawdę przypomina mieszankę grochu z kapustą i zdecydowanie nie nadaje się do słuchania od A do Zet.

Pisałem Wam na początku, że nie lubię składanek i chyba swojego zdania szybko nie zmienie;-D "Jest dobrze…" jako całość może idealnie pasować wszystkim podczas libacji przy wysokoprocentowych trunkach;-) W końcu Grabowski nie na darmo śpiewa o "Małym Piwku" czy też kacu ("Jestem jak motyl") a Budyń wspiera go kawałkiem "Jak się bawię to się bawię!";-P

niedziela, 26 kwietnia 2009
"Vicky Cristina Barcelona" (Soundtrack)

Vicky Cristina BarcelonaMówi się, że "Vicky Cristina Barcelona" to powrót Woody'ego Allena do wielkiej, reżyserskiej formy. Nie jestem wielkim miłośnikiem Woody'ego i z jego kilkudziesięciu filmów widziałem chyba trzy ale nawet z tak skromnym bagażem doświadczeń muszę stwierdzić, że film bardzo dobrze się ogląda. Jego fabułę oraz… piękne aktorki docenili krytycy przyznając bardzo wysokie oceny w swoich recenzjach. Natomiast mnie (tradycyjnie) zainteresowała muzyka obecna od początku do samego końca filmu.

Ten soundtrack jest przewrotny tak jak fabuła filmu. Z jednej strony łudzi słuchacza błogością, z drugiej skłania do refleksji. Całość ma przypominać i przypominać słuchaczowi sceny z filmy, ilustruje gorące hiszpańskie miasta, romantyczne uliczki w Barcelonie czy też przewiewne wnętrza. To wszystko w rytm charakterystycznej hiszpańskiej gitary tworzącej niezapomniany klimat.

Na płycie oprócz wspaniałych frywolnych, bardzo rytmicznych utworów jak "Barcelona", pojawiają się też nieco inne, stonowane, bardzo proste (sama gitara) ale niezwykle wymowne (parz "Granada"). Nie mam pojęcia kto wybierał utwory do filmu, bo nie jest to praca jednego autora ale musze przyznać, że skompletowanie takiego jednolitego stylistycznie i brzmieniowo soundtracku bez wielkich gwiazd było prawdziwym „strzałem w dziesiątkę”, który powinien zaowocować sukcesem komercyjnym.

Soundtrack do "Vicky Cristina Barcelona" to kolejna płyta idealna na lato. Jej wspaniałe dźwięki, sposób ekspresji a także ogromna obecność w filmie porównywalna do roli drugiego narratora tworzy z niej pozycję obowiązkową dla każdego kinomana, a szczególnie miłośnika Woody'ego Allena.  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5